Sunday, 14 May 2017

Fatima. Takie zdarzenie

Polski sejm nigdy nie był wzorcem jeśli chodzi o przestrzeganie zasady rozdziału Kościoła od państwa. W 1997 roku pod osłoną nocy grupa posłów AWS powiesiła krzyż na ścianie Sali Posiedzeń Sejmu i wisi on sobie tam po dziś dzień – kto by się przejmował uczuciami nie-chrześcijan? „Pod tym krzyżem, pod tym znakiem” posłowie chętnie przyjmowali kolejne ustawy wysługujące się Kościołowi katolickiemu, a jeszcze chętniej blokowali te, które się tej instytucji nie podobały – nawet wtedy, gdyby ich przyjęcie mogło ułatwić życie milionom obywatelek i obywateli (związki partnerskie, progresywne przepisy w kwestii zdrowia reprodukcyjnego). Posłom zdarzyło się nawet wznosić modły o deszcz.
Teraz jednak w kwestii mieszania kościelnego i państwowego porządku posłowie przeszli samych siebie. Na stronach sejmu znaleźć możemy bowiem projekt uchwały… w sprawie uczczenia setnej rocznicy objawień fatimskich. Podpisało się pod nim kilkadziesiąt posłanek i posłów, sprawozdawczynią wniosku jest spikerka Radia Maryja i jedna z gwiazd „Rydzykowej” frakcji PiS – Anna Sobecka.

Pierwszy, bardziej ogólny, wiąże się z tym, że sejm nie powinien w żaden sposób wyrażać uznania dla takiej rocznicy. Setna rocznica objawień fatimskich (czy jakichkolwiek innych) to wewnętrzna sprawa Kościoła katolickiego (i innych uznających je związków wyznaniowych), a nie świeckiego państwa. Państwo należy do wszystkich obywateli, nie tylko katolików i jego najwyższy organ ustawodawczy – reprezentujący także niewierzących – nie powinien wikłać się w wewnętrzne sprawy żadnej religii. Państwo przez swoje organy instytucje nie może promować doktryny żadnej konkretnej religii.
Uczczenie przez sejm rocznicy objawień fatimskich zaprzęgałoby państwo polskie do promocji ściśle przynależącego do jednej religii fenomenu. Podobne postępowanie było oburzające, gdy w czasach rządów PO sejm przyjął uchwałę z okazji kanonizacji Jana Pawła II, głosząc, iż cały naród będzie „solidarnie świętował” przeniesienie Karola Wojtyły w poczet świętych.
Nie mniej oburzająca jest dzisiejsza uchwała. Problem z uchwałą fatimską jest jednak głębszy, uderza bowiem nie tylko jej intencja – podporządkowania aparatu państwa religijnej propagandzie jednego kościoła – ale i język. Można w niej bowiem przeczytać:
W swoim orędziu Matka Boża przewidziała największe wydarzenia XX wieku, a jego przesłanie jest nadal aktualne. W sposób niezwykle dramatyczny, poprzez przekazanie trzyczęściowej tajemnicy oraz spektakularny cud słońca, Matka Boża przypomniała ewangeliczną prawdę, że ludziom do szczęścia, tak naprawdę, potrzebny jest tylko Wszechmocny Bóg, który stworzył nas dla siebie i pragnie podzielić się z nami pełnią szczęścia.
Zwróćcie uwagę, że nigdzie nie pojawiają się tu sformułowania typu „jak wierzą katolicy”, „jak przyjął Kościół katolicki” itd. Rzekome „objawienia fatimskie” wedle treści uchwały to zdaniem ustawodawców po prostu… historyczny fakt. Część historii XX wieku taka sama, jak pokój w Wersalu, Rewolucja Październikowa, bitwa na Łuku Kurskim, budowa powojennego państwa dobrobytu czy lądowanie człowieka na księżycu. Choć w sumie nie zdziwiłbym się, gdyby w sejmowym klubie PiS czy Kukiza znalazła się całkiem spora grupa osób, dla których objawienia fatimskie są bezspornym faktem, a lądowanie człowieka na księżycu przygotowaną przez NASA mistyfikacją.
Z treści dokumentu wyczytujemy też, że „Matka Boska” czy „Bóg Wszechmogący” traktowane są przez posłów prawicy jak postaci działające w ludzkiej historii, w podobny sposób i w tym samym porządku, co Nikita Chruszczow, Winston Churchill, Evita Perón, czy Deng Xiaoping.
Tymczasem dla osób niewierzących (albo po prostu niechrześcijan) „objawienie fatimskie” jest fikcją. „Matka Boska” (fatimska, częstochowska, z Guadelupy) i „Bóg Wszechmogący” to tak samo fikcyjne postaci jak Galadriela, Ronja córka zbójnika, Mistrz Yoda czy wiedźmin Geralt. Sejm, który o wydarzeniach i postaciach fikcyjnych mówi tak, jakby przynależały one do porządku faktów, ośmiesza się i odbiera sobie powagę w oczywisty sposób.
Nie tylko w śmieszności problem. Umiejętność rozróżnienia porządku przekonań i wierzeń od porządku faktów jest absolutnym fundamentem tej formy racjonalności, na jakiej wspiera się gmach nowoczesnego państwa. Państwo, które w swoim własnym dokumencie podnosi do rangi faktu coś, co może być wyłącznie przedmiotem wierzenia, podmywa logiczne i metafizyczne fundamenty, na jakich spoczywa.
Szanuję wiarę ludzi przekonanych, że w Fatimie faktycznie miały miejsce objawienia, w których „Matka Boska” wyjawiła jakąś prawdę o historii wieku XX. Niech praktykują w swoim życiu tę wiarę, niech ona ich życie odmienia, niech nawet nawracają na nią chętnych. Ale nie mogą tej wierze podporządkowywać centralnych instytucji państwa mającego zapisaną w konstytucji zasadę poszanowania własnej autonomii wobec związków wyznaniowych. Sejmowa uchwała mówiąca o „objawieniach fatimskich” jako historycznym fakcie spycha państwo polskie w otchłań szaleństwa.
Wiem, że to tylko uchwała o czysto symbolicznym znaczeniu. Że sama w sobie nie niesie konsekwencji prawnych. Że sejm co roku uchwala dziesiątki bezsensownych, nikomu niepotrzebnych uchwał: np. tej z okazji rocznicy Unii Radomskiej, Bitwy pod Lepanto itp. Ale nawet na ich tle uchwała fatimska jest jednak wyjątkowo szkodliwa. Środowiska świeckie powinny powiedzieć tu zdecydowanie „dość!”. Każda kolejna taka uchwała przesuwa nas bliżej w stronę państwa wyznaniowego i tworzy klimat, w którym kolejne ustawy odbierające nam wolność w imię religijnych przesądów będą miały łatwiej przejść przez parlament.
Dlatego liczę na to, że liberalna opozycja – jak sama siebie określa – nie zapomni przy okazji tego głosowania, że jest liberalna i głośno wyrazi swój sprzeciw. Na Platformę Obywatelską, przepychającą nie tak dawno przez sejm kanonizacyjną uchwałę w sprawie JP2, nie bardzo liczę, ale mam przynajmniej nadzieję, że Nowoczesna będzie tu w stanie mówić językiem nowoczesnego liberalizmu.
Oczywiście i to na nic, bo jeśli nie wydarzy się jakiś świecki, wiosenny „cud słońca”, to sejmowa maszynka PiS uchwałę przepchnie w obecnym, szczególnie skandalicznym kształcie. Ale niech się to stanie przynajmniej przy minimum sprzeciwu tej Polski, która dostrzega jeszcze różnice między kazalnicą i mównicą sejmową, państwem i Kościołem, wierzeniem i faktem. Bo z ostatniego ćwierćwiecza wiemy chyba dobrze, że milcząc tylko zachęcamy fundamentalistów do tego, by grali coraz ostrzej i żądali jeszcze więcej.

Thursday, 23 March 2017

choose a..


Lou Reed spiewa w początkach filmu o Pieknym dniu. Tylko ten motyw jest krótki. SZkoda. Mało dobrej muzyki. Raczej gorzkie popluczyny.  Rozczarowanie zyciem. Sickboy jest sutenerem. Zyje z Kovacz. Bulgarka, ktora gwałci swoich klientow. Kovatch to Kowacz. Moze i byc Polka. Renton przybywa na lotnisko w Edim. Dwadziescia lat na emigracji w Amsterdamie. W stolicy Szkocji na wstepie dostaje ulotke o powitaniu w tymze miejscu. Ulotke rozdaje piekna dziewczyna o obco brzmiacym akcencie. Bohater pyta sie niewiasty, skad ta pochodzi. Ze Słowacji brzmi odpowiedz. 
Renton odwiedza Leith. Jedzie tam tramwajem. Najdrozszym w budowie od czasów industry. Odwiedza Spuda. Ten, właśnie się zabija. Renton go ratuje. Rzyg ale prawdziwy. Tamten rzyg w T1 był naturalny. 
Reszta. Nudna. Begby ma charyzme ale w w rezydencji Slateford. W kiciu. Begbie to zly. Kradnie i paseruje. W roli pasera widzimy pisarza z Leith.
Bohaterowie jakos dochodza do siebie. Obmyslaja plan, by angoli okrasc. Wybieraja sie zza granice i z PIN-em 1690 okradaja klientele barow. Jak to sami zobaczcie.
Niesmieszne to.
Nadal ciocia czekała na słynny monolog Rentona. Wybierz prace. Wybierz życie. Wybierz lodowke. Wybierz telewizor.
Co dostałam. Monolog Rentona, który już nie wypluwa słow. Tylko krzyczy a może li tylko podnosi glos do Veroniki Kowacz. Wszystko dzieje sie już w Jennersie. Najdrozszej restauracji w Edim. Tam gdzie ładny widok na zamek. taras przeszklony. Bohaterowie maja dobry stolik. Piją wino i rare steak zagryzaja.
Renton, to zerka na zamek, to na kobiete.  
Wybierz... no właśnie... twitter, facebook, instagram.
Juz nie ma muzyki. Nie ma tej przebojowosci. Tego cos. Jest ugłada. Jest żenada. Może nie z filmu ani czasów. Jest byt zastany. Już ugładzony. Bez tej pazerności na życie, ktorymi tak żyło pokolenie milenialsów. Nie ma czego sie buntowac. Bo po co?
Szkoda. Zyłam dwadziescia lat legenda. Czyms co sie nuciło. Co sie mialo zawsze przed oczyma. T2 jest rozczarowaniem. A moze to my jestesmy rozczarowani samymi sobą.?
Wole Reeda niz Bowie rzecze ciocia!

To kiedyś

"Choose a job. Choose a career. Choose a family. Choose a f*cking big television. Choose washing machines, cars, compact disc players and electrical tin openers. Choose good health, low cholesterol, and dental insurance. Choose fixed interest mortgage repayments. Choose a starter home. Choose your friends. Choose leisurewear and matching luggage. Choose a three-piece suit on hire purchase in a range of f*cking fabrics. Choose DIY and wondering who the f*ck you are on a Sunday morning. Choose sitting on that couch watching mind-numbing, spirit-crushing game shows, stuffing f*cking junk food into your mouth. Choose rotting away at the end of it all, pissing your last in a miserable home, nothing more than an embarrassment to the selfish, f*cked-up brats you spawned to replace yourselves. Choose your future. Choose life... But why would I want to do a thing like that? I chose not to choose life. I chose something else. And the reasons? There are no reasons. Who needs reasons when you've got heroin?"

 a to teraz


 “Choose life. Choose Facebook, Twitter, Instagram, and hope that someone, somewhere cares. Choose looking up old flames, wishing you’d done it all differently. And choose watching history repeat itself. Choose your future. Choose reality TV. Slut-shaming. Revenge porn. Choose a zero hour contract. A two-hour journey to work. And choose the same for your kids only worse. And smother the pain with an unknown dose of an unknown drug in somebody's kitchen. And then take a deep breath. You're an addict. So be addicted. Just be addicted to something else. Choose the ones you love. Choose your future. Choose life."

21 lat temu do kin trafiła ekranizacja książki Irvina Welsha Trainspotting, wywołując totalne szaleństwo wśród przedstawicieli bardziej popapranej części mojego pokolenia na całym świecie. Ja i moje 15-letnie koleżanki dostałyśmy obłędu na punkcie Ewana McGregora i Szkocji. Wkręciłyśmy się też w powieści Welsha, przez które zaczęłyśmy odbywać pielgrzymki do Szkocji, a część z nas tam w ogóle została.
Od kilku tygodni możemy wrócić do naszej obsesji dzięki ekranizacji Porno  T2: Trainspotting. Okazuje się, że Ewan McGregor jest ciągle zajebistą dupą, Edynburg wygląda znacznie lepiej, a wybieranie życia ciągle jest równie absurdalnym pomysłem jak dwie dekady temu. Udało mi się porozmawiać z Irvine'em Welshem o ekranizacjach jego książek, o dalszych losach ich bohaterów i o końcu świata, który znamy.
VICE: W wywiadzie, którego udzieliłeś pod koniec filmowania pierwszego Trainspotting powiedziałeś, że w ekranizacji książki chodzi głównie o to, że zostanie ona jakoś zmieniona. Czy po pięciu ekranizacjach twoich powieści i kilku własnych filmach twoje podejście jakoś się zmieniło?Irvine Welsh: Nie, cały czas ta transformacja jest czymś, co mnie najbardziej ekscytuje. Nie chcę oglądać kopii książki. Po pierwsze nie byłoby to dla mnie zaskakujące, bo wiedziałbym dokładnie co się stanie. Chcę zobaczyć coś innego. Po drugie trzeba uszanować to, że film i literatura to dwie zupełnie różne dyscypliny, co wymusza pewne zmiany. Jestem bardzo zadowolony z tego jak T2 różni się od Porno. Oczywiście zachowało dużo elementów, jak wątek zemsty pomiędzy Begbiem, Sick Boyem i Rentonem. Bardzo się cieszę, że pominęliśmy wątek kręcenia filmu – raczej nie przepadam za takimi rzeczami jak film w filmie.
Zmieniły się też czasy – odkąd napisałeś Porno minęło 15 lat.To była świetna okazja. Gdybyśmy zrobili ten film 12 lat temu, tak jak chcieliśmy, aktorzy byliby ciągle młodymi kolesiami, a wydaje mi się, że to, że są starsi, są facetami w średnim wieku, którzy mierzą się z własną śmiertelnością, dodało pewnej głębi emocjonalnej całemu przedsięwzięciu. Gdybyśmy zrobili to wtedy, to byłoby po prostu więcej przygód młodych chłopaków. A teraz T2 miało szansę się rozwinąć w coś ponad to, co według mnie podziałało na naszą korzyść.
Przez ten czas bardzo dużo działo się też w Szkocji, zwłaszcza ostatnio. Zastanawiałam się nad tym jak twoje postacie odnalazłyby się w tej sytuacji: po nieudanej próbie odzyskania niepodległości, wobec Brexitu.Wydaje mi się, że tak jak wszyscy inni staliby się częścią tego procesu. To, że ten proces związany z Brexitem postępuje jest nieuniknione, tak samo jak to, że będzie drugie referendum niepodległościowe. W Anglii, Stanach i niektórych krajach Europy rośnie w siłę biały nacjonalizm, wszystko się rozpada. To wszystko dzieje się w ramach wymierania kapitalizmu i socjalizmu, które są dziećmi industrializacji. Dochodzimy do punktu, w którym ludzie nie są w stanie zarobić na życie. Wszystko kręci się wokół obniżania kosztów produkcji, więc nie ma jak płacić ludziom. Widzimy jakieś desperackie próby stworzenia jakiegoś systemu, ale to wszystko jest redundantne. Wyrasta z tego dużo napięć i będziemy to obserwować dalej, bo to długa zmiana, długie przejście.en proces nie trwa zresztą od dziś.Tak, wydaje mi się, że stąd właśnie brała się, i ciągle się bierze, popularność Trainspotting – to w zasadzie powieść o industrializacji, przejściu do świata bez pracy. Najpierw odczuła to klasa robotnicza, a teraz zaczyna odczuwać to też klasa średnia. Big data i sztuczna inteligencja przejmują zawody związane z medycyną i prawem, w których ludzie dobrze zarabiali. Znika też jeszcze więcej zawodów związanych z transportem, logistyką. Widzimy świat, w którym nie powstają nowe miejsca pracy i pojawia się pytanie jak ludzie mają żyć, jak na siebie zarobić. Trainspotting było jedną z tych powieści, które odniosły się do tego zjawiska – co ludzie mają ze sobą zrobić, jak są zbędni.
To co odróżnia dziś Szkocję od reszty Wielkiej Brytanii to podejście do imigrantów – wiem, że Polacy czują się tam teraz znacznie bezpieczniej niż na przykład w Anglii.Myślę, że Szkocji udało się uporać ze swoją imperialistyczną przeszłością, podczas gdy Anglia ciągle się z nią zmaga. Chociaż udział Szkocji w imperializmie był nieproporcjonalnie duży – rzeczy takie jak handel niewolnikami czy rasizm wzięły się ze szkockiej kultury. Jednak wydaje mi się, że Szkocji udało się przejść ponad tym i stać się znacznie bardziej otwartym państwem, które chce być częścią świata, przez co definiuje się jako kraj, w którym obcy są mile widziani. Poza tym po prostu potrzebujemy, żeby ludzie przyjeżdżali do Szkocji – jako starzejące się społeczeństwo po prostu potrzebujemy imigrantów, co ma też wpływ na nasze nastawienie.
Dla wielu Breaveheart wypromowało Szkocję, ale wydaje mi się, że dla pewnego pokolenia i pewnego rodzaju ludzi, takich jak ja, to Trainspotting sprawiło, że Szkocja stała się interesująca.No raczej. To film o współczesnej Szkocji, a nie o dudach, herbatnikach, kiltach, golfie i tak dalej. Wydaje mi się, że to odświeżenie wizerunku Szkocji uczyniło ją znacznie fajniejszą w oczach wielu ludzi. Dużo osób zaczęło podróżować do Edynburga czy nawet tam studiować po obejrzeniu Trainspotting. Po prostu film pokazał Edynburg jako znacznie mniej sztywne miasto, w którym coś się faktycznie dzieje, a ludzie robią rzeczy.
Wracając do T2, byłeś mocno zaangażowany w tworzenie filmu – zarówno jako producent wykonawczy i też przy tworzeniu scenariusza, samej historii.John [Hodge, scenarzysta Trainspotting i T2] napisał wcześniej dwa scenariusze, dawno temu, które były bardzo bardzo dobre. Były dużo bardziej podobne do książki. Ale coś w nich nie grało do końca tak jak chcieliśmy. W końcu doszliśmy do punktu, w którym uznaliśmy, że albo zrobimy to teraz, albo wcale. Więc usiedliśmy z Johnem, Dannym Boylem i Andrew McDonaldem do pracy, przeszliśmy przez książkę, przez stare scenariusze Johna i przede wszystkim spędziliśmy ze sobą dużo czasu w Edynburgu. Wynajęliśmy mieszkanie, w którym mieszkaliśmy przez jakiś czas, chodziliśmy na miasto. Poznałem chłopaków z moimi znajomymi, którzy od dawna są zaangażowani w przeróżne rzeczy w mieście. Dużo rzeczy też się wykrystalizowało w dyskusjach z Johnem. Potem zniknął na jakiś czas i wrócił z zajebistym scenariuszem. Książka może mieć mnóstwo materiału źródłowego, tyle świetnych postaci ile ci się podoba, ale to ciągle surowe źródło – dopóki nie masz scenariusza w zasadzie nic nie masz. A Johnowi naprawdę udało się zrobić kawał fenomenalnej roboty i napisać rewelacyjny scenariusz i dzięki temu wszystko ruszyło. Aktor może przeczytać książkę i powiedzieć „wow, byłoby świetnie zrobić z tego film, ktoś powinien zrobić z tego scenariusz", ale to by było na tyle. Kiedy mogliśmy już pokazać wszystkim gotowy scenariusz, byli bardzo podekscytowani. Dzięki temu scenariuszowi mogliśmy zebrać z powrotem całą obsadę.Miałam poczucie jakbym zobaczyła dawno niewidzianych przyjaciół, z którymi się w zasadzie wychowałam.To prawda, te postacie tak mocno weszły w świadomość ludzi, że jest w tym coś ze spotkania ze starymi znajomymi. Spodziewałem się takiej reakcji, bo ludzie przez lata pytali mnie o te postacie – kiedy wrócą i tak dalej. Ale zaskoczyło mnie to, że pojawiło się całe nowe pokolenie, które co prawda widziało pierwszy film na DVD czy online, ale jakby nie było częścią tego zjawiska, a mimo to strasznie mocno się w to zaangażowało. W zasadzie to przejęli – T2 to bardziej ich film, niż film pokolenia Trainspotting. Wydaje mi się, że dlatego ma takie dobre wyniki – nie tylko ściągnął starych fanów, którzy jak ty wychowali się na Trainspotting – wzbudził zainteresowanie całego nowego pokolenia.
Często wracasz do tych postaci – najpierw w Porno i Skagboys [prequel po polsku wydany jako Trainspotting Zero] i ostatnio w The Blade Artist wróciłeś do Begbiego. Dlaczego padło akurat na niego?Jakiś czas temu poproszono mnie o napisanie świątecznej historii dla Big Issue [czasopismo dystrybuowane przez bezdomnych by dać im szansę legalnego zarobku, przyp. DK]. Boże Narodzenie zawsze kojarzyło mi się z wariatami i złym zachowaniem, więc od razu pomyślałem o Begbiem. I to otworzyło ciąg skojarzeń – co by było gdyby Begbie był najmilszą osobą w pokoju? Co mogłoby doprowadzić do takiej zmiany? Pomyślałem, ok, był w więzieniu, zakochał się, poznał kogoś, zaczął się zajmować sztuką i tak dalej. A potem pomyślałem – a co jeśli to wszystko ściema i po prostu udało mu się oszukać system? Nie chodzi o to, co robisz, tylko o to, co mówisz. To mnie jakoś uderzyło. Więc to była okazja, żeby zrobić coś nowego z tą postacią. Zbiegło się to też w czasie z tym jak siedziałem z chłopakami w Edynburgu, więc z powrotem zanurzyłem się w ten świat. Pewnie napiszę teraz więcej o tych postaciach.
Czy myślałeś o tym jako o pewnym odkupieniu dla Begbiego?W fikcji dobre jest to, że możesz sprawić, że stanie się cokolwiek co chcesz. Nie mam wątpliwości co do tego, że prawdziwym życiu Begbie już dawno by nie żył albo dalej by gnił w więzieniu – z 99,9% pewności. Ale w fikcji można pójść w te 0,01%. To się zresztą zdarza, są ludzie, którzy przeszli resocjalizację i zmienia im się całe spojrzenie na świat, udało im się siebie naprawić, czy przynajmniej sprawiają takie wrażenie. Wydaje mi się, że jak zaangażujesz się w historię jakiejś postaci, jak ona staje ci się bliska, to chcesz widzieć jak przytrafiają się jej też dobre rzeczy.
Skoro są już dwie kolejne książki związane z Trainspotting i przyznałeś, że będziesz dalej coś robił z tymi postaciami – czy rozmawialiście już o robieniu kolejnych filmów?Wydaje mi się to nieuniknione, że prędzej czy później wrócimy do tego świata w kinie albo w telewizji. Mówiąc zupełnie szczerze, temat jest zbyt duży i jest w nim za dużo pieniędzy, by to się nie stało. Ale trzeba jednak dbać o jakość i upewnić się, że się to robi z właściwymi osobami i z właściwych powodów. Nagle stajesz się opiekunem czegoś, co znaczy bardzo dużo dla wielu osób i musisz zadbać o to, zrobić to jak należy, a nie po prostu odcinać kupony. Dlatego też zrobienie T2 tyle trwało – nie chcieliśmy odcinać kuponów, tylko dać ludziom coś godnego zapamiętania. Woleliśmy uniknąć zrobienia po prostu jakiegokolwiek produktu tylko dlatego, że jest na niego rynek.
W wywiadzie, do którego odnosiłam się na początku, mówiłeś, że pisząc Trainspotting nie myślałeś nawet o tym, że będzie opublikowane, a co dopiero zekranizowane. Czy teraz, jak zekranizowano w zasadzie połowę twoich powieści, zaczynasz myśleć o ekranizacjach kiedy piszesz?Nie. Tak naprawdę to się tak nie da. Jak piszesz książkę musisz ją widzieć jako książkę, nie możesz myśleć o tym, co się z nią potem stanie. Inaczej nie będzie udaną książką. Ale oczywiście jak tylko skończysz zaczynasz myśleć o potencjale związanym z filmem, telewizją – w dzisiejszym świecie to naturalne, że rzeczy poruszają się między różnymi mediami. Ale nie da się napisać scenariusza myśląc o książce ani książki myśląc o filmie.
Czy samo pisanie zmieniło się odkąd zaczynałeś?Żal mi młodych pisarzy – wydawcy nie dbają o nich tak jak o moje pokolenie autorów. Teraz od debiutantów oczekuje się, że od razu wpasują się w jakąś szufladkę, zamiast pozwolić im odpuścić i wyrażać siebie w sposób, który im najbardziej odpowiada. Komodyfikacja dotyczy każdej gałęzi sztuki, ale widać ją szczególnie wyraźnie w literaturze. Dużo ludzi uwielbia literaturę popularną i dużo ludzi pisze kryminały, romanse itp i często są to świetne książki. Ale na pisarzach wywierany jest duży nacisk, żeby się od początku określili jako autor związany z jakimś konkretnym gatunkiem, a tak nie powinno być – powinni móc pisać dla siebie. Wydaje mi się, że moje pokolenie – Alan Warner, John King i ja, czy przed nami jeszcze Ian McEwan – było bardzo rozpieszczone i byliśmy ostatnimi, o których oldskulowi wydawcy tak naprawdę dbali. Teraz od młodych pisarzy wymaga się, żeby od razu odnieśli sukces, inaczej po dwóch książkach zrywa się z nimi kontrakty. A to tak nie działa. Nawet Yann Martel zanim napisał Życie Pi wydał kilka książek, które nie odniosły sukcesu komercyjnego. Wydawcy powinni inwestować w pisarzy, a teraz raczej nikt nie chce tego robić.
Czyli tylko początkowy sukces gwarantuje teraz większą swobodę artystyczną?Miałem duże szczęście, że moja pierwsza powieść odniosła taki sukces, ale to się rzadko zdarza, większość pisarzy długo pracuje na coś takiego. Dziś taką autorką jest Jenni Fegan – może pisać co jej się żywnie podoba. Jest fenomenalnie uzdolniona, dzięki czemu ma większą swobodę, pewien kredyt zaufania na bazie talentu. Ale pisarze, którzy nie mają tak pewnego głosu i tak rozwiniętego talentu to niemożliwe. To trudny czas dla młodych autorów. Łatwiej jest wydać książkę, ale trudniej zdobyć czytelników i być wydawanym dalej. Myślę, że dlatego wielu młodych pisarzy wybiera teraz telewizję – seriale to według mnie nowe powieści. Telewizja jest z kreatywnego punktu widzenia bardziej atrakcyjna dla pisarzy. Nawet napisanie pilota serialu przynosi też teraz więcej prestiżu i pieniędzy niż napisanie powieści.

Wednesday, 22 March 2017

zielone oczy matki

Jest taka komedia nazywa się Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz. Tam pan Koracz śpiewa o zdrowiu. Brzmi ona tak;

Piosenka „O zdrowiu” Pana Koracza

Ej panowie, coś wam powiem,
Lub zaśpiewam raczej
Nie ma to jak zdrowie powiem
Wiecie co to znaczy
Kiedy boli ręka, głowa
Ucho, oko, udo, noga
Każdy wtedy kwili, jęczy
Czy to warto tak się męczyć
Czy to warto prochy ćpać
Czy to warto leki pić
Plaster, maść na siebie kłaść
Czy w ogóle warto żyć?
 
Ostatni akapit jest sporny. Zwłaszcza, gdy patrzy się na to co dzieje sie w telewizorni reżimowej. Zaczęło się od Maryli, ktora jak wiadomo zawsze wypływa na wierzch. Artystka wspólnie z z Zenkiem Martyniukiem wykonała utwór w Sylwestra. Program byl transmitowany na żywo. No bo Sylwester. Trzeba się bawić.  Prezes Kurski, pana Zenona mianował ekscelencja piastujac artyste na wieszcza narodowego. Disco polo ma przeciez chlubna karte w kongresowej. Piosenka chodnikowa od zarania dziejow az na salony.
Idzie oszalec od tych oczu zielonych, wszedobylsko sie wciskajacych do uszu.
Oczy zielone mam. Niestety nikt od nich nie oszalał. Szkoda!
Idzie oszaleć od oczu zielonych prezenterów i prezenterek telewizorni totalnej. Dwa różne światy przedstawiają. Sędziowie dublerzy nie wypowiadają się w sprawach Trybunału Konstytucyjnego. Powrót Straszydła otrąbiony jest sukcesem. Pomocnik aptekarza zmiata generalicje a UE to najlepiej zbojkotować za zdradę ale nie wiadomo kogo? Następuję rzniecie lex szyszko. Inaczej damy Polakowi pile, zerznie drzewo. Dajmy Polakowi broń wybije sąsiadów. To się nazywa repolonizacja mediów, wstawanie z kolan, wyzbywanie się ubeckiej zarazy. Wróg czuwa u bram. W jego oczach zielonych odbija się Tusk. Bo to jego wina.
Kiedyś śmiano się z reklam. Nie wierzono w nie. teraz czekamy na reklame jak na zbawienie. Ona pomimo, ze kłamie jest w jakimś tam stopniu wiarygodna.
Nic to, ze wymyślono środek na wierzgajace nogi. Nazywa sie to zespołem niespokojnych nog. Syndrom palacza to pigułka na kaszel. Zwykły paracetamol to środek na syndrom nadwrażliwej głowy.
Nie mamy nóg złazonych. Mamy uczucie cieżkosci. Mamy zakwaszony organizm. Mamy problem z utrzymaniem wody w organizmie. Każdy, kto w to wierzy w alternatywna medycynę wierzy tez w szarlataństwo. A wszystko przez te oczy zielone!

Pogoda, tez kłamie i me oczy zielone oszukuje.Material TVP3 Rzeszow
Borek Stary słynie z cudów Najswietszej Panienki. Tylko dlaczego Maryja zapowiada pogode? Dziennikarka byla tak przejeta cudami, ze zapomniala o informowaniu widzów o tejże pogodzie? Tylko dlaczego LP tam spiewa? Podklad muzyczny Lost on You. Wszak ta panna ma panne a prezes Kurski zakazał randek gejów w telewizji! A co z lesbijkami w Borku Starym dajmy na to?
Oszaleć idzie przez te oczy zielone!

Sunday, 19 March 2017

postprawda polska



Ciocia nie będzie odkrywcza! Termin postprawda wygrało w plebiscycie na nowe słowo w słowniku swiatowych...juz nie wiem czego. Jakich terminów? Postprawda to fałszywe informacje, fałszywe njusy, kłamliwe żródła. 
Owszem takie google czy facebog cos tam robi, by ukrócic fałsz ale spełza to wszystko na niczym.
Żyjemy w odrębnych bańkach. Twoja bańka jest inna niz moja. Dwa rózne swiaty. Pani Kowalskiej i pani Nowak.Kowalska widzi w telewizorni co innego niz Nowakowa. Nowakowa ma prawde gdy Kowalska klamie. Inne rzeczywistości. Dwa światy, dwie różne wizje prawdy czy może juz ostprawdy? Jeśli Nowakowa siedzi na fejsie a Kowalska nie. To jaka jest prawda Kowalskiej.  Kobieta poszukuje prawdy czynnie podczas gdy Nowakowa prawde ma! Ona, śledzi media. Nowoczesna taka. Ma wyrobione poglądy takie z ktorymi Kowalska walczy. Bowiem ta, ma myśli kategoriami swojej prawdy.
Jedna prawda jest prawdziwsza niż pierwszej kobiety prawda. Jej, jest najprawdziwsza!
Alternatywna bo swojska. Wyczytana, zweryfikowana przez niewiastę A. Oczywiście lepsza ta prawda niż kobiety B. Ta jest gorsza bo nie inwestuje w weryfikacje informacji. 
Bo po co. Jeśli moja racja jest najmojsza. 
Tylko która prawda jest tą prawdziwą prawdą?


czytaj mode

W modzie grafomania zdarza się często. Podobnie jest w literaturze. Każdy może kupić ubranie, każdy umie używać edytora tekstu. Jednak czy rzeczywiście tworzysz opowieść, po prostu łącząc ze sobą części garderoby lub stawiając zdania obok siebie?

W ciągu ostatniego ćwierćwiecza w kulturze polskiej utarło się, że poważni ludzie o modzie nie rozmawiają. Celebryci – być może, ludzie powierzchowni, przysłowiowe kucharki, może też nastolatki. Ale na pewno nie twórcy, intelektualiści, ludzie słowa. Moda wypadła z salonowych, akademickich, kawiarnianych konwersacji.
Wraz z kilkoma polskimi pisarzami i pisarkami postanowiliśmy potraktować modę poważnie: jako temat literacki, społeczny komentarz, dziedzinę twórczości. Ale przede wszystkim – jako opowieść o człowieku.

Natalia Fiedorczuk-Cieślak – antymoda na kupie

Centra handlowe – supermarkety, dyskonty – budzą moje nieustające zainteresowanie jako laboratoria pewnego stylu życia. Proponują też określone sposoby kupowania ubrań, ufundowane na naturze tych „niemiejsc”. Można tam więc znaleźć „niemodę” czy też „antymodę”. To, jak kupuje się ubrania w Lidlu, to zaprzeczenie tego, jak powinno się robić zakupy odzieżowe – w takim mieszczańskim wyobrażeniu – że trzeba kupować ubrania ładne, trwałe, podążające za trendami, aby wpisać się w uniform klasowej przynależności, także tej aspiracyjnej. Ubrania w Lidlu są zaś tanie, praktyczne, nijakie i występują w koszach, w kupach, w niewielkich odzieżowych kącikach, między mydłem a powidłem. Ludzie tam grzebią, szukają, a nuż się coś znajdzie. Nie idziesz na zakupy odzieżowe do dyskontu, dokonujesz ich mimochodem, tak samo jak kupujesz kolejny batonik czy puszkę kukurydzy. To odzież sportowo-weekendowa, kwintesencja stylu podmiejsko-praktycznego. Ma być wygodnie przede wszystkim – jak w tym uchowa się jakiś modowy trend, to też dobrze. Ubrania w sieciówkach odzieżowych są czasem podobnie tanie jak te z dyskontu, ale zawsze udają, że są czymś więcej. Ubrania z dyskontu niczego nie udają – to po prostu tanie ciuchy na kupie. Te lidlowe kąciki przypominają mi czasem lumpeksy z mojego rodzinnego Białegostoku, gdzie wszyscy rzucali się na otwierane torby w momencie dostawy. Widziałam, jak z podobną pasją w Lidlu ludzie napierali po ciuchy po dostawie rzeczy do biegania. Impuls pozostaje ten sam – może zrobię interes życia – na płaszczyźnie estetycznej i finansowej.
Sieciówki od dyskontów różnią się jednak przede wszystkim tym, że uczestniczenie w zakupach w sieciówce ma aspekt performatywny. W mojej książce znajduje się rozdział o takim popularnym domu towarowym z odzieżą, gdzie bohaterka przymierza różne wersje siebie. To moja fabularna konstatacja, że w kulturze znajdujemy się teraz w takim momencie, że świat stał się dla kobiet pewnego rodzaju przymierzalnią – możemy do swojej kobiecości podchodzić bardzo elastycznie. Również na poziomie dosłowności – sieciówkę z milionem propozycji stylizacji za niewiele złotych masz w mieście co kilka kilometrów. Wchodzisz do przymierzalni i możesz być nastolatką, biurwą, chłopczycą, femme fatale. Ja już nie mam ochoty na takie przymiarki. Wystarczają mi wyobrażone ćwiczenia od czasu do czasu. Na co dzień nie zajmuję się swoim wyglądem. Pilnuję tylko, żeby być umytą, mieć uprane rzeczy. Wyciągam z szafy, cokolwiek mam pod ręką – musi tylko być miłe w noszeniu, czyste, praktyczne. Musi mieć kieszenie. Moje wymarzone ubranie to taka kamizelka działkowca albo rybaka, gdzie można dużo rzeczy schować. Bliska mi jest stylizacja „mamy z przedmieść” – w spodniach do jogi czy legginsach, ze spiętymi włosami. Z tą różnicą, że ja noszę dżinsy, bo nie znoszę tunik, a nie chcę latać z pupą na wierzchu. Chodzę też w adidasach, bo mam problemy ortopedyczne, a latem w birkenstockach.
Kiedyś, gdy grałam koncerty z Nathalie and The Loners, więcej myślałam o wyglądzie, budowałam sceniczną personę, bardzo świadomie przyglądałam się ubraniu. Teraz nie chcę, żeby mnie było widać. Chcę się wpasować, czuć przynależność. Nie uczestniczyć we wspólnocie performatywnie, ale być społecznie użyteczna. Mam wrażenie, że powoli mój styl ewoluuje w stronę niemieckiej turystki – bermudy khaki, crocsy, kamizelka, a zimą spodnie do trekkingu z ortalionu. Jestem dość aktywną osobą, jak również matką – lubię wycieczki rowerowe, chodzenie po lesie. To dzieciom poprawia humor i mnie też. Myślę więc, że z tego Lidla przesuwam się nieuchronnie do Decathlonu. To ciekawe, że napisałam książkę o depresji, a tak lubię styl sobieradka, harcerza, narzucam sobie taką odzieżową hożość. Miejscowość pod Warszawą, gdzie mieszkamy, to typowe przedmieście, ale zróżnicowane, w końcu koło stolicy. Nasze miasteczko to miejsce wielu społecznych konfrontacji: są ci, którzy mieszkają tu od pokoleń, są ludzie napływowi z całej Polski – miejskiej i wiejskiej – jest grupa aspirująca do bohemy, są biznesmeni z pięknymi żonami Ukrainkami. Łączy nas jedno – wszyscy spotykamy się na milanowskim targowisku, kiedy przyjeżdżają tam kupy używanych ciuchów z Norwegii. To zupełny niesort, po 2 zł sztuka. Wspaniałe miejsce.

Krystyna Kofta – odruch dbania o siebie

Wychowałam się z modą, pośród tkanin i ubrań. Mój dziadek, którego nie zdążyłam poznać, miał fabrykę konfekcji w Berlinie, a potem, w okresie międzywojnia, mój ojciec prowadził ją w Poznaniu. Moja matka w tej fabryce pracowała, a że była bardzo ładna, ojciec się z nią ożenił. Pięknie szyła. Pochodziła z rodziny z dziewięciorgiem dzieci, pilnowała, żeby nic się nie marnowało. Nosiłam przeróbki po starszej siostrze. Od małego byłam więc przyuczana, że wszystko na pewno się do czegoś przyda i można zrobić coś z niczego. Pamiętam, że kiedy byłam w ciąży, mama uszyła mi prześliczną empirową sukienkę z żorżety, którą po urodzeniu dziecka mi zwęziła i nosiłam ją jeszcze wiele lat.
W PRL-u każda dziewczyna była po trosze artystką, projektantką. A już zwłaszcza my, w liceum plastycznym. Malowałam wzory na kretonie i szyłam spódnice. Szewca prosiłam, żeby robił buty według mojego projektu, szyłam bluzki i sukienki z milanowskiego jedwabiu – zszyty po bokach prostokąt z otworem na głowę. Haftowałam, szydełkowałam bereciki, szaliki i swetry dla syna. Także bardzo kolorowe berety dla przyjaciół. Zrobiłam sobie sama torebkę z utkanego przez siebie materiału. Siedzę teraz w tym temacie, bo pracuję nad książką o PRL-u, opartą na moich dziennikach prowadzonych od 1966 roku! Śmieszą mnie więc te dzisiejsze rankingi najlepiej ubranych kobiet – przecież ta celebrytka wszystko kupiła albo ją stylistka od a do zet ubrała, co w tym trudnego?
Nie lubię, jak mnie coś gniecie, pije. Ubranie nie powinno być dla nas więzieniem, powinno pomagać iść swobodnie przez życie. Czasem dosłownie – nie noszę szpilek, gdy przemierzam kilometry po mieście. Lubię grube podeszwy antypoślizgowe. Mam takie świetne lakierki na sportowej podeszwie. Nie włożę też „ciotkowatych” butów dla „kobiet w podeszłym wieku”, w którym niby jestem. Lubię fajne, dobrze zaprojektowane obuwie. Mam niestety wrażenie, że kobiety, które zaczynają się starzeć, często popadają w zgorzknienie. Napisałam o tym kiedyś w jednym ze swoich opowiadań. Starsze panie ubrane w bure byle co siedzą na ławce przy rynku miasteczka. Podjeżdża autokar i wysypują się z niego Amerykanki, kobiety w tym samym wieku, ale ubrane w kapelusze, zwiewne, kolorowe stroje. Jakie to okropne – komentują tamte. I mają za złe. A tamte są szczęśliwe.
Po chorobie, po przeżyciu raka piersi, zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy – nie ma sensu oszczędzać na sobie, trzeba sprawiać sobie przyjemności i o siebie dbać. Radzę to wszystkim – zdrowym i chorym. Zauważyłam, że kobiety, które przeżyły raka, wyglądały lepiej niż przed chorobą. Na ogół schudły, kupiły sobie nowe ubrania, zaczęły ćwiczyć. No i są dobrze ostrzyżone. Moda, kosmetyki stały się dla mnie i dla nich terapią, dały nam siłę. Po operacji w moim szpitalnym pokoju było pełno karteczek samoprzylepnych, na których pisałam dziennik, ledwie odzyskałam przytomność – ale miałam ze sobą kosmetyczkę, bo tak jak mam odruch pisania, miałam też chęć poprawienia urody, pobladłej twarzy, podkreślenia oczu i ust.
Pisarka ma taki komfort, że nie musi się stroić do pracy. Kiedy piszę, dbam tylko o to, żeby było mi wygodnie – nie maluję się, tylko posmaruję usta miodem, otulę się dużym swetrem albo wskoczę w T-shirt. Chyba odziedziczyłam po matce to, że nie lubię nic wyrzucać. Część rzeczy oddaję, gdy z nich „wyrosnę”, zawsze są w dobrym stanie. Moje ubrania po prostu przechodzą z jednej kategorii do drugiej – najpierw są na wyjście, potem do domu, potem do ogrodu. Dlatego lubię, żeby te rzeczy były trwałe, nawet jeśli to jest spory wydatek finansowy – Max Mara, Michael Kors, Burberry, Christopher Kane, Kenzo. I tak kupuję zawsze na wyprzedaży. Im kobieta jest starsza, tym lepiej powinna się ubierać, bardziej o siebie dbać. Sama na siebie zarabiam od zawsze, od 14. roku życia. Nie chcę szmatławych ubrań, choć okres lumpeksów nie był zły. Ten rodzaj polowania na dobre ciuchy w niskiej cenie mi odpowiada.
Moda mówi bardzo wiele o naszej kobiecości, o społeczeństwie, w jakim żyjemy, o obyczajach, lękach, fiksacjach. Brakuje mi – tak jak bohaterce „Suk”, redaktorce Ewicie Szot – takiego myślenia o modzie w magazynach kobiecych. A przecież to nie jest trywialna sprawa, ale ważny język opisu rzeczywistości. Kiedy siadam ze swoimi przyjaciółkami w Czytelniku, to na podobnym poziomie elokwencji rozmawiamy o literaturze, kulturze, modzie, urodzie, polityce, feminizmie. Część kobiet się boi, że jeśli będzie interesować się modą, dobrze się ubierać, ktoś może pomyśleć, że są „głupimi kobietkami”. No i co z tego? Jeśli ktoś tak pomyśli, sam jest głupim człowiekiem.

Mariusz Szczygieł – jest coś na rzeczy

Zastanawiałem się, czy w ogóle wypada dziś rozmawiać na temat mody. Przekonałaś mnie, kiedy powiedziałaś, że gdyby nie wypadało, nie pisałabyś książki o tym, jak ludzie dbali o siebie podczas wojny, czyli w czasie pozornie z mody absolutnie wyłączonym. Zgadzam się, że moda, czyli używanie ubrania, może cię ocalać, i ten odruch dbania o siebie towarzyszy nam w każdej sytuacji, nawet najtrudniejszej. Ale moda nie jest tylko opowieścią o jednostce. Może być także sposobem diagnozy systemu. Tak wykorzystała modę Hanna Krall w reportażu „Kobiety w kolorze lila” w zbiorze „Na wschód od Arbatu” wznowionym jakiś czasu temu przez Dowody na Istnienie, gdzie trafiły jej teksty z „Polityki” z lat 1968-69. To reportaż, w którym przewodnią metaforą są lakierki. Pierwszy reportaż o ZSRR, który stara się zmylić cenzurę, opowiadając o pozornie nieznaczącym elemencie codzienności, zaczyna się tak: „Kobiety radzieckie są tęgie, wesołe, noszą garsonki z dżerseju, najchętniej w kolorze lila. Wiedzą, że trzeba schudnąć, ale nie mają warzyw pod dostatkiem. Wiedzą, że w sukni wygląda się szczuplej, ale mało jest sukienek w sklepach”. Jak autorka pisze dalej, kobiety radzieckie po prostu nie miały głowy do takich rzeczy jak moda – były zbyt zajęte ciężką pracą, wojną, biedą. „Chciałam powiedzieć – pisze w końcu – że one sobie na to zasłużyły – za czas, kiedy w fabrykach ręce przymarzały im do maszyn, za samotność, za to, że są grube, bo nie piły soków owocowych, za to, że są zmęczone, za to, czego nigdy nie mogły przeżyć, należą im się wszystkie lakierki świata i kostiumiki dżersej, nawet w kolorze liliowym”. To więc bardzo ważny tekst, pod pozorem nieważności – o modzie, ale przecież – o prawie do godności, do szczęścia. Barbara Łopieńska, pisząc „Wernisaż”, reportaż o otwarciu Mody Polskiej w Bydgoszczy, podkreślała, że owszem, traktuje on o modzie, ale jest to „tekst w ogóle”. Kiedy Łopieńska podaje, ile kosztowała tam torba (4500 zł), to od razu stanowi to komentarz to tego, jak wyglądała dostępność dóbr materialnych w PRL – ekspedientki bowiem zarabiały 2800 zł, czyli pół torby. W latach 70. o specyfice polskiej konsumpcji pisze także Ewa Szymańska, opisując najbardziej oblegany sklep w Polsce – Junior, gdzie zatrudniła się na jeden dzień. Podejrzała na przykład, jak pani Halina, geniusz marketingu, sprawia, że klient wszystko kupi, „bo głupi” i pokazała czytelnikowi, jak ważna jest moda dla nastolatków.
Dla mnie zaczęła być ważna, kiedy pewnego dnia poszedłem do podstawówki w łososiowych sztruksach. To była wówczas sensacja taki ciuch. Od razu byłem jakby atrakcyjniejszy – wtedy zrozumiałem, że coś jest na rzeczy. Moda sprawia, że bardziej się sobie podobam, a dzięki temu poczuciu bardziej podobam się innym. To działa natychmiastowo, podprogowo. Odtąd często kombinowałem więc, jak ubrać się stylowo, wystawałem po ciuchy w Hofflandzie. Kupiłem tam, już studiując dziennikarstwo w Warszawie, płaszcz w jodełkę przetykany srebrną nitką. Nosiłem go do cytrynowego krawata uszytego z prześcieradła, cytrynowych butów, szarej koszuli w panterkę oraz czarno-białego szalika. Zrobiłem go z flagi zerwanej pod Pałacem Kultury, kiedy akurat wisiał tam żeglarski kod flagowy.
Gdyby nie moda, byłbym teraz 50-latkiem z twarzą niemrawą, podobną do nikogo, w niekształtnych spodniach spadających z bioder. Ale dzięki modzie wiem, że można sobie kupić dobrze skrojone, dopasowane spodnie. Wiem też, jak sprawić, żeby moja twarz wyglądała żywiej – dzięki odpowiednim koszulom. Kupuję je w Paryżu, w butikach niewielkiej sieci, która sprzedaje krótkie serie, w rozmaite wzory. Są w ptaszki, w motyle, w wieżowce, w fotografie, w sushi, w gitary, w zioła, w zygzaki, w kropki, truskawki, samochodziki, kormorany, ciastka, strzały, widelce, żarówki, kasety magnetofonowe, okna domów. Przez kilka lat byłem przekonany, że tylko ja jeden w Polsce noszę tę markę. Aż pewnego dnia na targach książki widzę Marcina Mellera w takiej koszuli. Na szczęście była w gitary – a to zupełnie nie mój deseń.

Katarzyna Bonda – ciało musi być wolne

Wszyscy wielcy pisarze dbali o swój wizerunek. Korespondował on z ich twórczością. Wtedy twój przekaz trafia głębiej, nie tylko w przestrzeń relaksu, próżności czy też spraw tekstylnych. Jest komunikatem: opowiem ci historię, ale będę do ciebie mrugała zza winkla, jeśli scena jest niebezpieczna, potrzymam cię za rękę – bo piszę powieści kryminalne. Dlatego po latach udawania francuskiego dandysa, kiedy się przebierałam w rajtroki, cygaretki i męskie koszule oraz pozwalałam się fotografować z bronią w pełnym garniturze, teraz stawiam na archetypiczną kobiecość – a kobieta zawsze ubrana jest w sukienkę. Zaryzykuję stwierdzenie, że dorosłam do tego kostiumu. Moje sukienki są moją zbroją, jak kiedyś była skórzana kurtka, bojówki i glany. Zakłamywałam kobiecość, błędnie uznając, że blond grzywa i błękitne oko przysłonią mój intelekt. To było arcynaiwne. Ale nie daj się zwieść – choć zaznaczam talię i dbam o kolor szpilek, moja sukienka wciąż jest rodzajem kolczugi, która ma na celu odwrócić uwagę od cielesności: zasłaniam kolana, dekolt i wszystko, co się da. Nigdy na spotkaniu autorskim nie zobaczysz mojego biustu czy uda (chyba że będę tego chciała), bo to nie koresponduje z tym, co chcę przekazać za pomocą słowa, czyli mojego właściwego oręża. Używam jednak krzykliwych, czasem zwariowanych wzorów (puzzle, krówki, motywy z tkanin obiciowych) – wszystko po to, by mnie zauważano, by nikt mnie nie zbagatelizował. Nie po to pisałam tę książkę rok czy dwa, żeby teraz wkładać skulkowany sweter. To pokazuje mój szacunek dla czytelnika. Ale w mojej sukience mogę rano pójść z psem, po ziemniaki, a wieczorem – po włożeniu szpilek i dobraniu kopertówki – spokojnie ruszę na bankiet. W efekcie ubieranie się zajmuje w moim przypadku dziesięć minut. Można powiedzieć, że moda mi zupełnie nie przeszkadza w życiu codziennym. W moich książkach jest wręcz niezbędna. Strój jest bowiem komunikatem psychologicznym. Sasza nie nosi spódnic (bo to symbol kobiecości – klisza), nosi koszule w kratę (bo jest robotna), kiedy jest chłodniej, narzuca na grzbiet ramoneskę (bo chce być twarda). Włosy (znów klisza, symbol kobiecości) wiąże w kucyk, niedbały, zawsze gumkę nosi na przegubie. Kiedy chce być uwodząca, rozpuszcza włosy, a posiada ich bogactwo, i to na dodatek rudych (czyli klisza: odmieniec). Jako profilerka wie, jakie znaczenie mają ubrania w przenikaniu charakterów. W Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield jest cała katedra poświęcona profilowaniu ze względu na ubiór. Na tej podstawie identyfikuje się nieznanych sprawców. Thomas Bond, ojciec amerykańskiego profilowania, tworząc ekspertyzę „Szalonego Bombowca”, napisał w profilu: „Szukajcie wysokiego mężczyzny, rudzielca (Irlandczyka). Mieszka z matką lub siostrą. Kiedy go zatrzymacie, będzie miał na sobie dwurzędową marynarkę ze złotymi guzikami”. Znajomość ówczesnej mody bardzo pomogła psychologowi w stworzeniu profilu, ponieważ w tamtym czasie ludzie w urzędach w taki sposób się ubierali, a zadaniem sprawcy (podkładał bomby pod banki) było wtopienie się w tłum. Strój wpływa również na wybór ofiary. Słynny „wampir z Zagłębia” atakował wyłącznie kobiety w płaszczach (w skrócie: ponieważ złościł się na swoją żonę, która nosiła obszerny prochowiec), zaś jeden z meksykańskich morderców reagował na jeden rodzaj perfum – staroświecką nutę mieszanki jaśminu, bergamotki i pieprzu – których w latach 80. używała jego matka.
Kiedy piszę – nie ma mnie, wszystko ma sprzyjać tekstowi. Mam wełniane papucie, a właściwie radzieckie haftowane walonki, które są tak brzydkie, że aż żal. Boję się je wyrzucić, bo piszę w nich od początku mojej literackiej przygody. Słowem, strój, w którym spędzam większość życia, jest kompletnie aseksualny. Czasem nawet zdejmuję biżuterię, nigdy nie mam wtedy zegarka. Ciało musi być wolne. Często wkładam czapkę i mitenki. Wszystko przez przeciąg, który wytwarzam w trakcie zapisu: raz, że muszę palić, kiedy piszę, więc pootwierane są wszystkie okna i ziąb jak na Syberii, a dwa, że głowa lepiej pracuje w cieple – poważnie. W czapce dobrze mi się myśli. I jeszcze – leżąc na wznak z kocem na głowie. Najlepiej w kratkę, ale nie wiem dlaczego.

Grzegorz Kalinowski – siła ikoniczności

Nie da się pisać powieści osadzonych w konkretnej epoce historycznej, nie uzupełniając wizji jej codzienności, panujących obyczajów opisami tego, jak wyglądała ówczesna moda. Moje powieści – osadzone w Warszawie lat 20. i międzywojennych Stanach Zjednoczonych – również uwzględniają modę w budowaniu postaci, relacji między nimi i w snuciu narracji. Strój pozwala się dowiedzieć, kto jest kim, już przy pierwszym spojrzeniu. Gdy bohater mojej ostatniej książki z cyklu „Śmierć frajerom” „Tajemnica skarbu Ala Capone” trafia do Chicago, bez pudła rozpoznaje gangsterów. Mafiosom styl narzucał wtedy szef wszystkich szefów, tytułowy Al Capone – reszta mogła tylko naśladować, broń Boże nie wyróżniać się. Do tego miał prawo tylko on. Inni szyli sobie garnitury u dobrych krawców, nosili widoczną biżuterię, ale tylko Al mógł sobie pozwolić nawet na niemęską ekstrawagancję – limonkowe garnitury, różowe koszule, diamentowe pierścienie, papuzie krawaty. Kod ubraniowy skapywał w dół hierarchii wraz z prezentami – wręczony przez szefa pasek czy pierścień były dowodami zaufania i znakiem awansu w grupie. Styl mafijny ciekawie zmienił się po serii „Ojców chrzestnych” Francisa Forda Coppoli – to filmy o wyobrażonej mafii, którą prawdziwa mafia chciała jednak imitować. Życie zaczęło naśladować fikcję, tak bardzo atrakcyjna była filmowa ikoniczność. Zresztą to, jaką siłę mają wykreowane ikony, pokazała ostatnio polska polityka – w czasie kampanii wyborczej Andrzej Duda z żoną byli konsekwentnie stylizowani na parę prezydencką z serialu „House of Cards”.
Rozumiem potrzebę podkreślania przynależności do jakiegoś środowiska poprzez określony wygląd. Przez lata byłem dziennikarzem sportowym, zajmowałem się piłką nożną i jestem też kibicem – konkretnie Legii Warszawa. Nie zachowuję się jednak jak niedzielny kibic, nie wieszam na sobie wszystkiego – szalika, kapelusza, żeby podkreślić, jak bardzo jestem autentyczny. Lubię po prostu nosić koszulki klubowe. Najbardziej zagorzali kibice dowody swojej miłości do klubu najczęściej zaś noszą na ciele – mają tatuaże. Stąd tak częsta potrzeba zdejmowania koszulek na stadionach. Najbardziej jednak odpowiada mi styl rockowy. To estetyka, która towarzyszy mi od nastoletnich czasów. Mam kilka skórzanych kurtek. Są ramoneski, jest jedna ze stójką. To mój fetysz, jak kurtka Nicolasa Cage’a z „Dzikości serca”. Chętnie noszę też podkoszulek The Ramones, ale zastanawiam się od jakiegoś czasu, na ile jeszcze przynależy on do ikonografii rockowej. Takie koszulki są z H&M, Springfield wypuścił koszulkę z Joy Division. Jestem przekonany, że wiele osób widzi tam jedynie wzory graficzne. Ale może nic w tym złego – w latach 80. noszono znaczki Motörhead, „bo rzucili”, i też nie wszyscy wiedzieli, co to jest. Dziś spełniam marzenia z młodości, nadal wybierając ten sznyt – ale prawda jest taka, że mimo dobrobytu nadal trzeba się nachodzić, żeby znaleźć dobrą kurtkę skórzaną – która nie jest frajerska, brzydka, z plastikowymi suwakami i kieszonkami. Jako pisarz śmieję się, że przebieram się za Hemingwaya – z powodu mojej brody i wąsów. Ale mówiąc poważnie, nie wydaje mi się, żebym miał jakieś szczególne odzieżowe zwyczaje związane z moją pisarską codziennością. Chociaż faktem jest, że ponieważ piszę rano i wstaję do pracy wraz ze słońcem, bardzo lubię do pisania zostawać w ubraniach porannych, w szlafroku. Właśnie przymierzam się do kupna nowego.

Agnieszka Drotkiewicz – być dobrze ubranym

Niedawno rozmawiałam w Berlinie z Anatolem Gotfrydem, właśnie wychodzi jego nowa książka „Niebo nad zachodnim Berlinem”. On jest koneserem sztuki, pięknie też opowiada o modzie, ze znawstwem czyta jej przekaz. Między innymi dzięki rozmowom z nim zdałam sobie sprawę, że w każdej twórczości chodzi o proporcje i harmonię – czy to literatura, muzyka, taniec, jedzenie, czy projektowanie ubrania. Częsta porada dla pisarza to: czytaj i pisz. Jestem zwolenniczką tego, żeby wychodzić ze swoich dziedzin sztuki i pływać w innych, poznawać inne alfabety.
Hemingway pisał o tym, jak swoich prostych zdań nauczył się przez patrzenie na obrazy Cézanne’a. Tak samo przez patrzenie na świetną stylizację możesz nauczyć się wiele o pisaniu. Moda to także język. „One były moim pismem, moje ubrania” – mówi Jackie Kennedy w „Dramatach księżniczek” Jelinek.
Fascynuje mnie kategoria bycia dobrze ubranym. Jest w tym tajemnica. Istnieje na ten temat wiele poradników i zasad, ale przecież poznanie ich nie gwarantuje, że uda się komuś dobrze ubrać. Czasami widzę kogoś, kto wygląda tak oszałamiająco, że nie jestem w stanie odwrócić wzroku, a gdybym miała powiedzieć, dlaczego tak jest – nie potrafię. To genialność struktury, która emanuje. Strój jest tekstem, opowieścią. To może być opowieść wulgarna, banalna, niechlujna, ale może też być porywająca.
Jak wielowątkowymi opowieściami są suknie opisywane przez Prousta! Czytasz tam czułość, ale i tęsknotę za bezpieczeństwem, za kompletnością. W końcu dlaczego nuworysze obwieszają się torebkami Louis Vuitton? To przekaz: jestem bogata – jestem bezpieczna. Dlaczego niektóre kobiety wkładają naraz szpilki, mini, wielki dekolt, robią wieczorowy makijaż o poranku? Ktoś mnie zechce – jestem bezpieczna. W „Nieszporach” pisałam o tym, że uniform może dawać poczucie bezpieczeństwa – nie musisz sobie odpowiadać na pytanie: kim jestem? Pracując nad książką, czułam potrzebę, żeby się ukryć. To było lato, gdy modne były paski – musiałam kupić bluzkę w paski, bez niej byłam bardzo widoczna na ulicy.
Moda zaspokaja nasze głębokie potrzeby, poczucie bezpieczeństwa jest taką potrzebą. Naturalnie bywa wulgaryzowana. W modzie jest też bardzo dużo grafomanii. Ale w końcu fakt istnienia grafomanii w literaturze nie przekreśla tego, że istnieje wiele genialnych książek! Skąd się bierze grafomania w modzie? Może z pozornej łatwości – każdy może sobie kupić ubranie, tak jak każdy może używać edytora tekstu. Ale do sztuki potrzeba czegoś więcej. Może grafomania w modzie to kwestia braku dobrej krytyki mody? A może to konsekwencja konsumpcjonizmu? Jak z książkami – „czytaj” często oznacza „kupuj!”. „Ubieraj się dobrze” równa się „kupuj”. A czy my naprawdę musimy wszystko kupować? Możemy pożyczać, wymieniać się, dbać o to, co już mamy.
W ubraniu chyba najbardziej wzrusza mnie jego styczność z ciałem. Piękne są dla mnie ubrania podniszczone, nieco znoszone – na których widać zapis życia. Jest taki fragment „Portretu grupowego z damą” Heinricha Bölla, gdy bohater, reporter, szarpany jest przez przemysłowca, który niszczy jego ukochaną marynarkę. Oferuje nową, oferuje rekompensatę. Ale ta marynarka jest bezcenna – stała się częścią bohatera. To, co wydarza się w momencie przenikania się naszego ciała i ubrania, to dla mnie istota mody. Jedną z bardziej obscenicznych rzeczy, jakie widziałam, były przygotowane na sesję mody wypożyczone ubrania, które na wieszaku wisiały z przyklejonymi wkładkami pod pachami, żeby ich nie przepocić. Było w tym obrazie coś z prostytucji.

Robert Rient – przebranie męskości i kobiecości

Kiedy myślę o roli ubrania w kulturze i literaturze, przychodzi mi do głowy jedna z moich ulubionych książek – „Orlando” Virginii Woolf. W zakończeniu tej powieści z 1928 roku Orlanda wkłada męskie bryczesy, a wcześniej bierze do ręki męskie pióro, bo marzy o napisaniu książki, chociaż jako kobieta powinna myśleć wyłącznie o mężczyźnie, pisać jedynie liściki miłosne. Takie podejście jest też współcześnie obecne u niektórych piszących – zarówno bajki, jak i powieści. Mężczyzna otrzymuje miecz i smoki do pokonania albo butelkę wódki, politykę i finanse, kobieta natomiast – garnki, modę, intrygi i miłość, przede wszystkim miłość.
„Orlando” to opowieść o chwiejności pomiędzy płciami i tym, że strój służy wyłącznie zachowaniu pozoru męskości bądź kobiecości. To historia osoby, który przekroczyła dualizm i zyskała wgląd w doświadczenia obu płci. XVI-wieczny młodzieniec na przestrzeni setek lat staje się Orlandą i zyskuje wgląd w doświadczenia obu płci. Powieść była w oryginale opatrzona podtytułem „biografia” i powstała w hołdzie Vicie Sackville-West, lesbijce, poetce i arystokratce, z którą Woolf romansowała.
Granica pomiędzy męskim i kobiecym jest płynna, a ci, którzy ją kreślą, zazwyczaj płyną na fali nieuświadomionych stereotypów. Moda to jeden z nielicznych światów, który dyscyplinuje raczej mężczyzn; kobiety – całkiem słusznie – zagarnęły na przestrzeni lat takie samo przyzwolenie na suknie i garnitury. Woolf pisze w „Orlandzie” o mężczyznach patrzących na świat prosto, jakby był dla nich stworzony, i kobietach patrzących z ukosa, pytająco, a czasami podejrzliwie, po czym konkluduje: „Gdyby nosili te same stroje, możliwe, że i spojrzenie na świat mieliby to samo”.
Gdy pracowałem nad pierwszą książką, każdego dnia się przebierałem. Stało się to rytuałem. Twarz malowałem zieloną kredką przyjaciółki, z którą mieszkałem, pożyczałem od niej chusty, które zawiązywałem na głowie. Nie przebierałem się za nikogo konkretnego, za żadną z płci, ale czułem, że muszę to robić. Stroje jako widoczne, namacalne rekwizyty pomagały mi odrzucić siebie i poszukiwać prawa do tego, by pisać. Po czasie zrozumiałem, że to stojący za mną kompleks niższości, poczucie, że literatura przynależy do świata lepiej urodzonych, bardziej wykształconych, zdolniejszych. Po dokonaniu tego odkrycia zaniechałem tych praktyk. Nad najnowszą powieścią „Duchy Jeremiego”, która pojawi się jesienią, pracowałem w starych dresach i spranych koszulkach, a najczęściej w samych majtkach, zarośnięty i brudny, absolutnie niemodny.
Czuję się tak samo męski jak kobiecy, chociaż jestem ograniczony własną obawą przed paradowaniem ulicami latem w zwiewnej sukni na ramiączkach – a czasami mam na to wielką ochotę. Lubię swoje męskie ciało i korzyści płynące z jego posiadania, chociaż bliżej mi do świata tworzonego i proponowanego przez kobiety. Wychowałem się w rodzinie świadków Jehowy, gdzie strojem obowiązującym na zebrania oraz podczas tak zwanego głoszenia, czyli chodzenia od domu do domu, był garnitur. Odchodząc od religii, ochoczo porzuciłem ten sztywny uniform. Przez lata pracowałem w pracowni psychologicznej, tam w kontakcie z klientami, pacjentami, strój musiał być neutralny, pozbawiony wzorów, napisów. Czasem z podziwem podglądam pisarki i pisarzy świadomie kreujących swój wizerunek. Ja nie jestem wierny modzie, stylowi, chociaż mam ogromną słabość do białych T-shirtów z nadrukami. Cenię autentyczność, momenty, w których strój przestaje mieć znaczenie. Cytując Woolf: „Siedział zatem Orlando w samotności i czytał – człowiek nagi”.