Wednesday, 17 December 2014

swiateczna reklama sieci Sainsbury`s

Kilka tygodni temu telewizornie tutejsze pokazaly pewna reklame z ktorej to wynikalo, ze podczas pierwszej wojny swiatowej zolnierze wrogich armii wychodza z okopow i spiewaja zainntonowana melodie Cichej nocy. W wielkim skrocie to pisze i zle. Pragne tylko dodac, ze rzecz dziala sie naprawde a lzy wyciskane przez sklep sa prawdziwe. Dwa teksty daje ponizej a wytlumaczenie oddaje specjalista. Rzecz dziala sie pod Ypres, a ze ciocia (moze nie Ypres ale Verdun zwiedzala wiec zna i ogrom pol i cmentarzty ciagnacych sie po horyzont).Reklama dzwignia handlu a granie na uczuciach jest znanym sposobem na wycisniecie pieniedzy z kazdej kieszeni.
Rozejm bożonarodzeniowy - świąteczne pojednanie żołnierzy w 1914 r.

Żołnierze brytyjscy i niemieccy podczas rozejmu bożonarodzeniowego. Źródło: Imperial War Museums.
Żołnierze brytyjscy i niemieccy podczas rozejmu bożonarodzeniowego. Źródło: Imperial War Museums.
24 grudnia 1914 r. w okopach pod Ypres w Belgii żołnierze wrogich armii, Niemcy i Brytyjczycy, spontanicznie zaprzestali działań zbrojnych, opuścili okopy, śpiewali kolędy, a nawet grali w piłkę. Wydarzenia te przeszły do historii jako rozejm bożonarodzeniowy.
„To była piękna księżycowa noc, mróz skuł ziemię, było biało prawie wszędzie. Około 7 lub 8 wieczorem było sporo zamieszania w niemieckich okopach. Były oświetlone, sam nie wiem, czym. A potem Niemcy zaśpiewali +Cichą noc+. Cóż za piękna melodia, pomyślałem. To był jeden z najważniejszych dni w moim życiu. Nigdy go nie zapomnę” – wspominał bożonarodzeniowy rozejm w okolicach francuskiej miejscowości Armentieres brytyjski szeregowy Albert Moren. 

Wojna w okopach

Zdziwienie, niedowierzanie, niepewność, ale i radość – te uczucia dominowały wśród żołnierzy uczestniczących w tzw. bożonarodzeniowym rozejmie, który zapoczątkowały wydarzenia z 24 grudnia 1914 r.
Spędzenie świąt z dala od domów wydawało się nieuniknione, choć to od walczących na froncie żołnierzy zależało, czy Boże Narodzenie 1914 r. będzie w miarę spokojne. 7 grudnia 1914 r. do zawieszenia działań zbrojnych w wojnie, przynajmniej na czas zbliżających się świąt, wzywał papież Benedykt XV. Apel Watykanu nie został jednak wysłuchany.
Trwająca od lata 1914 r. wojna była niezwykle krwawa, każdego dnia na polach bitew ginęły tysiące żołnierzy. Ze względu na charakter działań zbrojnych na froncie zachodnim I wojnę światową nazywano wojną pozycyjną. Żołnierze obu walczących ze sobą stron miesiącami przesiadywali w okopach, a każde wyjście poza teren ogrodzony ziemnymi fortyfikacjami groziło narażeniem się na śmiercionośny ogień karabinów maszynowych.
Niemiecki plan wojny (tzw. plan Schlieffena) zakładający pokonanie Francji w maksymalnie sześć tygodni nie powiódł się, co oznaczało, że przed żołnierzami obu stron konfliktu stanęło widmo spędzenia świąt Bożego Narodzenia w okopach, z dala od swych rodzin. Te różnymi sposobami próbowały sprawić, aby ich bliscy znajdujący się na froncie poczuli magię świąt. Przesyłali im paczki, w których znajdowały się świąteczne ozdoby oraz różnego rodzaju smakołyki.
Spędzenie świąt z dala od domów wydawało się nieuniknione, choć to od walczących na froncie żołnierzy zależało, czy Boże Narodzenie 1914 r. będzie w miarę spokojne. 7 grudnia 1914 r. do zawieszenia działań zbrojnych w wojnie, przynajmniej na czas zbliżających się świąt, wzywał papież Benedykt XV. Apel Watykanu nie został jednak wysłuchany.

Gwiazdka 1914

Choć nic nie zapowiadało nawet chwilowego ustania walk na froncie zachodnim, w Wigilię 1914 r. miało miejsce wydarzenie, które przeszło do historii jako rozejm bożonarodzeniowy. Nie było to oficjalne zawieszenie broni, a spontaniczny gest zmęczonych wojną żołnierzy. Szczególny wymiar miał on w rejonie miasta Ypres we Flandrii, gdzie późną jesienią zakończyła się pierwsza wielka ofensywa tej wojny.
W Wigilię 1914 r. miało miejsce wydarzenie, które przeszło do historii jako rozejm bożonarodzeniowy. Nie było to oficjalne zawieszenie broni, a spontaniczny gest zmęczonych wojną żołnierzy. Szczególny wymiar miał on w rejonie miasta Ypres we Flandrii, gdzie późną jesienią zakończyła się pierwsza wielka ofensywa tej wojny.
24 grudnia tego roku, korzystając z przestoju w wymianie ognia, niemieccy żołnierze postanowili udekorować lampkami teren okalający zajmowane przezeń okopy. W różnym czasie – według relacji, od godzin wieczornych do północy - pozycje zajmowane przez Niemców rozbłysły jaskrawym światłem. Przed okopami ustawiono bożonarodzeniowe choinki przystrojone zapalonymi świeczkami.
Gdy Brytyjczycy spostrzegli światła, obawiali się niemieckiej prowokacji; zastanawiali się, czy Niemcy nie próbują podstępem wywabić ich z pozycji. Dowództwo brytyjskie zakazało strzelania w kierunku nieprzyjaciela, ale też zaleciło ostrożność.
Ku zdziwieniu Brytyjczyków Niemcy zaczęli głośno śpiewać kolędę „Cicha noc” (niem. Stille Nacht). Po chwili, w rytm tej samej melodii, po angielsku zaśpiewali Brytyjczycy (według jednej z relacji jako pierwsi kolędowali walijscy fizylierzy). Słysząc odzew z naprzeciwka niemieccy żołnierzy zaczęli spontanicznie wychodzić z okopów i kierować się w stronę Brytyjczyków.
Skonsternowani żołnierze brytyjscy, pomimo bezwzględnego zakazu opuszczania pozycji bez rozkazu (co groziło surowymi karami), widząc zbliżających się i śpiewających kolędy Niemców, także zaczęli wychodzić z ukrycia. Atmosfera świąt jako pierwsza udzieliła się Brytyjczykom stacjonującym na odcinku Frelinghien-Houplines na pograniczu belgijsko-francuskim.

Bratanie się na "ziemi niczyjej"

Do spotkań żołnierzy doszło między nieprzyjacielskimi okopami, na tzw. pasie ziemi niczyjej.
Josef Wenzel z 16. Bawarskiego Rezerwowego Pułku Piechoty, w którym służył wówczas młody Adolf Hitler (przyszły kanclerz III Rzeszy był przeciwny rozejmowi), w liście do rodziny napisał: „Jeden (Brytyjczyk – PAP) podszedł do mnie, od razu uścisnął moją dłoń i przekazał mi kilka papierosów, drugi dał mi pamiętnik, trzeci podpisał się na pocztówce, czwarty zanotował swój adres w moim notesie. Jeden Anglik zagrał na harmonijce ustnej niemieckiego żołnierza, inni tańczyli, jeszcze inni dumnie paradowali w niemieckich hełmach (...). Nie zapomnę tego widoku przez resztę mojego życia”.
Żołnierze wymieniali uściski dłoni, składali sobie życzenia świąteczne, a także obdarowywali prezentami. Osobom, których jeszcze dzień wcześniej nie zawahano by się zastrzelić, w wigilijną noc wręczano, oprócz alkoholu, tytoniu i słodyczy, także rzeczy osobiste, jak np. kapelusze. Wielu uczestników rozejmu wznosiło toasty za zdrowie służących w obcych armiach żołnierzy.
Ku zdziwieniu Brytyjczyków Niemcy zaczęli głośno śpiewać kolędę „Cicha noc” (niem. Stille Nacht). Po chwili, w rytm tej samej melodii, po angielsku zaśpiewali Brytyjczycy (według jednej z relacji jako pierwsi kolędowali walijscy fizylierzy). Słysząc odzew z naprzeciwka niemieccy żołnierzy zaczęli spontanicznie wychodzić z okopów i kierować się w stronę Brytyjczyków.
Brytyjski kapral John Ferguson tak oto zapamiętał opisywane wydarzenia: „Rozmawialiśmy, jakbyśmy znali się od lat. Staliśmy przed niemieckimi zasiekami z drutu kolczastego; otaczali nas Niemcy (...). Cóż za widok – grupki Niemców i Brytyjczyków utworzyły się na prawie całej długości naszego frontu! Z ciemności mogliśmy usłyszeć śmiech i zobaczyć rozpalone zapałki, gdy jakiś Niemiec podpalał Szkotowi papierosa i na odwrót”.
Inna relacja jest przykładem ryzykowania życia tylko po to, aby osobiście poznać nieprzyjaciela. Josef Sewald z 17. Bawarskiego Pułku zapisał w jednym z listów: „Krzyczałem do naszych wrogów, że nie chcemy do nich strzelać ze względu na bożonarodzeniowy rozejm. Powiedziałem im, że mógłbym do nich przyjść i spróbować porozmawiać. Na początku nastała cisza, potem jeszcze raz krzyknąłem, zapraszając ich, na co oni odpowiedzieli +Nie strzelać!+. Któryś z Brytyjczyków wyszedł z okopów, ja uczyniłem to samo i podaliśmy sobie razem dłonie”.
W tę wyjątkową wigilijną noc zabrzmiały takie popularne pieśni świąteczne jak m.in. niemiecka „O Tannenbaum” („O jodełko”) oraz brytyjska „O Come All Ye Faithful” („Przybądźcie wierni”), będąca anglojęzyczną wersją średniowiecznego hymnu bożonarodzeniowego „Adeste Fideles”.
Porucznik Dougan Chater pisał, że Brytyjczycy i Niemcy wymieniali wzajemne serdeczności przez krótki okres czasu. Po pół godzinie żołnierze wrócili do okopów, jednak – jak zanotował Chater – nie ostrzeliwano się wzajemnie. „Żołnierze, nie kryjąc się, znosili do okopów słomę i opał” - relacjonował.

Piwo dla Brytyjczyków, pudding dla Niemców

Wieści o rozejmie nie mogły nie dotrzeć do sztabów dowodzenia wojsk, często oddalonych od frontu o kilkanaście kilometrów. Część początkowo przeciwnych wzajemnemu brataniu się dowódców ustaliło w końcu, że na czas świąt konflikt zostanie zawieszony. Na froncie w pobliżu Ypres ucichły armaty, a delegacje oficerów poszczególnych armii także obdarowały się prezentami – Niemcy ofiarowali Brytyjczykom beczkę piwa, ci zaś odwdzięczyli się im typowo angielskim deserem – puddingiem śliwkowym. Jak ustalono, czas zawieszenia broni wykorzystano m.in. na zebranie z „ziemi niczyjej” ciał żołnierzy poległych w walce oraz ich godne pochowanie.
Podczas żołnierskich pogrzebów przed grobami gromadzili się zarówno Niemcy, jak i Brytyjczycy. Wspólnie modlili się i recytowali biblijne teksty, w tym Psalm 23. Zdarzało się, że ofiary – niezależnie od narodowości – grzebano w zbiorowych mogiłach.
Podczas żołnierskich pogrzebów przed grobami gromadzili się zarówno Niemcy, jak i Brytyjczycy. Wspólnie modlili się i recytowali biblijne teksty, w tym Psalm 23. Zdarzało się, że ofiary – niezależnie od narodowości – grzebano w zbiorowych mogiłach.
Świąteczny czas wykorzystano nie tylko na pochówki współtowarzyszy, ale i rozrywkę. Mimo ujemnej temperatury rozgrywano mecze piłki nożnej. Grano piłkami pośpiesznie wykonanymi z podręcznych materiałów.
Jeden z meczów rozegrany w typowo zimowej aurze w pobliżu Armentieres według świadectw żołnierzy zakończył się zwycięstwem Niemców nad Brytyjczykami 3:2. Grę przerwano po tym, jak piłka przedziurawiła się na drucie kolczastym wystającym z jednego z okopów.
W mniejszym stopniu aniżeli Brytyjczycy do bratania z Niemcami skłonni byli inni alianci, choć świadectwa mówią, że także m.in. Francuzi, Belgowie, a nawet Hindusi oraz muzułmańscy Algierczycy jednali się ze swymi nieprzyjaciółmi. „Inicjatywa w ten czy inny sposób zawsze wychodziła od Niemców” – zauważył brytyjski historyk Martin Gilbert, autor książki „Pierwsza wojna światowa”.

Wzajemne stereotypy

W szeregach Brytyjczyków znajdowali się jednak również przeciwnicy rozejmu. Niechęć do wrogów wzmacniała wojenna propaganda – usiłowała ona przedstawić nieprzyjaciół w najgorszym możliwym świetle.
Stanley Weintraub, autor książki „Silent Night. The Story of the World War I Christmas Truce” („Cicha noc. Opowieść o bożonarodzeniowym rozejmie podczas I wojny światowej”) pisze: „Dla większości brytyjskich żołnierzy niemieckie próby celebrowania świąt były szokiem. Propaganda często rozgłaszała informacje o teutońskim bestialstwie, podczas gdy Niemcy już dawno ocenili zarówno Brytyjczyków, jak i Francuzów jako bezdusznych materialistów” – tłumaczy historyk.
Żołnierze niemieccy nazywali Brytyjczyków „najemnikami”, którzy walczyli tylko po to, aby się wzbogacić.

Pomimo świąt wielu Brytyjczyków nie opuściło okopów; jeszcze inni – choć zbliżyli się do Niemców, a nawet wymieniali się z nimi serdecznościami – w późniejszych korespondencjach z rodzinami dawali upust swym uprzedzeniom wobec nieprzyjaciół. Niemców określano m.in. jako „barbarzyńców” i „Hunów”. Jak wyjaśnia Weintraub, „Francuzi i Brytyjczycy nie przypuszczali, że uważani przez nich za pogan – a nawet dzikusów – pragmatyczni Niemcy będą skłonni do ryzykowania życia po to, aby zaśpiewać ich ulubioną pieśń +Tannenbaum+”.
Brytyjski podporucznik Bruce Bairnsfather nazwał Niemców „diabłami”. „Wszyscy oni chcieli być przyjaźni, ale żaden z nich nie posiadał otwartej, szczerej wesołości naszych ludzi” – pisał w jednym z listów. Jak wspominał, na ziemi niczyjej dochodziło do komicznych sytuacji. „Uwieńczeniem tego wszystkiego był widok jednego z moich chłopców z załogi karabinu maszynowego w cywilu fryzjera-amatora, obcinającego nienaturalnie długie włosy klęczącemu przed nim potulnie Szwabowi” – ironizował Brytyjczyk.
Jeden z meczów rozegrany w typowo zimowej aurze w pobliżu Armentieres według świadectw żołnierzy zakończył się zwycięstwem Niemców nad Brytyjczykami 3:2. Grę przerwano po tym, jak piłka przedziurawiła się na drucie kolczastym wystającym z jednego z okopów.
Wśród stereotypów na temat Niemców przeważał ten, według którego najbardziej aroganccy byli Prusacy – najsłynniejszy z nich, cesarz Wilhelm II Hohenzollern był w Wielkiej Brytanii postrzegany jako typowy zatwardziały Prusak, zwolennik agresywnej polityki zagranicznej. Nieco lepiej Brytyjczycy postrzegali Wirtemberczyków czy Sasów. Relacje z grudnia 1914 r. mówią, że ci ostatni przy okazji pojednania często podkreślali swe podobieństwo do Brytyjczyków jako Anglosasów.
Jeden z brytyjskich oficerów zanotował po bliższym poznaniu swych wrogów: „Szczególnie dobrze prezentowali się Sasi, którzy wywarli wrażenie inteligentnych. Miałem całkiem przyzwoite rozmowy z trzema lub czterema z nich, nazwiska i adresy dwóch z nich zapisałem w moim notesie (...). Po naszych rozmowach naprawdę myślę, ze wiele doniesień prasowych musi być mocno przesadzone” – cytował Brytyjczyka „New York Times” w artykule „Fraternization Between the Lines” („Bratanie się pomiędzy pozycjami”) z 31 grudnia 1914 r.
Do dnia, w którym ukazał się ten artykuł, w państwach alianckich nie publikowano żadnych wieści z frontu. Było to działanie celowe – obawiano się bowiem skutków poinformowania społeczeństwa o niecodziennym rozejmie z Niemcami.
Oprócz gestów pojednania w grudniu 1914 r. dochodziło także do przejawów wzajemnej wrogości. W przeddzień Wigilii zdarzały się przypadki strzelania do niemieckich choinek, a w czasie rozejmu oddawano nawet strzały do wrogów zbliżających się do okopów.
Uczestnik wydarzeń z grudnia 1914 r. brytyjski kapitan Billy Congreve pisał: "Wydaliśmy surowe rozkazy, aby nie pozwolić na jakiekolwiek próby rozejmu, gdyż słyszeliśmy pogłoski, że Niemcy będą próbowali zawieszenia broni. I przyszli do nas śpiewając. Więc otworzyliśmy szybki ogień w ich kierunku, gdyż tylko na taki rozejm zasługiwali”.

Wznowienie walk

W niektórych częściach frontu rozejm trwał do godz. 8:30 26 grudnia, drugiego dnia świąt. Żołnierze wrócili do okopów, a po oddaniu strzałów ostrzegawczych w powietrze wrócił czas wojny. W innych miejscach walki wstrzymano przez kolejne dni, a nawet tygodnie. W wielu przypadkach konflikt wznowiono dopiero po przybyciu na front nowych kontyngentów żołnierzy, którzy zastąpili uczestników nieoficjalnego rozejmu. Jakiekolwiek próby porozumienia się z nieprzyjacielem karano odtąd nawet śmiercią.
W 1999 r., 85 lat po rozejmie bożonarodzeniowym, w pobliżu Ypres stanął pamiątkowy drewniany krzyż. 11 listopada 2008 r., w 90. rocznicę zakończenia I wojny światowej, w Freilighien odsłonięto pomnik poświęcony uczestnikom wydarzeń z grudnia 1914 r.
Pod koniec grudnia 1914 r. do spontanicznych gestów przyjaźni żołnierzy obu wrogich stron konfliktu dochodziło także na innych odcinkach frontu zachodniego. Podczas gdy na jednym polu bitwy żołnierze wzajemnie świętowali Boże Narodzenie, na innym – toczono krwawe boje. Rozejm nie dotarł m.in. do Alzacji. W czasie świąt nie zawieszono zmagań zbrojnych lotnictwa – dochodziło m.in. do ataków brytyjskich samolotów na niemieckie hangary zeppelinów.
Według szacunków w nieoficjalnym rozejmie uczestniczyło nawet ok. 100 tys. alianckich i niemieckich żołnierzy. Ostatni żyjący uczestnik opisywanych wydarzeń, Szkot Alfred Anderson zmarł 21 listopada 2005 r. w wieku 109 lat.

Historycy o rozejmie

Historycy podkreślają fakt, że choć nieformalny rozejm bożonarodzeniowy był wydarzeniem szczególnym to już rok później, w 1915 r., pojednanie nie miałoby szans na sukces. „Rozejm wydarzył się jeszcze przed pierwszym użyciem gazów bojowych oraz bombardowaniami z powietrza” – przypomniał w rozmowie z BBC News w 2004 r. brytyjski historyk wojskowości Andrew Robertshaw (24. grudnia 2004, „1914 +football truce+ anniversary”).
„Pogarszające się relacje między żołnierzami wrogich armii, w miarę jak wojna stawała się coraz bardziej krwawa i +bezoosobowa+, nie zapowiadały incydentów o podobnej skali w przyszłości, choć dewiza +żyj i pozwól żyć+ była ciągle akceptowana przez obie strony konfliktu. Często dominowała ona w różnych +cichych+ odcinkach frontu, aż do zawieszenia broni w 1918 r.” - napisali Peter Simkins, Geoffrey Jukes i Michael Hickey, autorzy ksiażki “Pierwsza wojna światowa” („The First World War”).
W 1999 r., 85 lat po rozejmie bożonarodzeniowym, w pobliżu Ypres stanął pamiątkowy drewniany krzyż. 11 listopada 2008 r., w 90. rocznicę zakończenia I wojny światowej, w Freilighien odsłonięto pomnik poświęcony uczestnikom wydarzeń z grudnia 1914 r.
O świątecznym pojednaniu na froncie w 1914 r. opowiada francuski film „Joyeux Noel” („Wesołych Świąt”) z 2005 r.
z moim ulubionym Danielem Bruhlem
Waldemar Kowalski (PAP)
artykul z http://dzieje.pl/aktualnosci/rozejm-bozonarodzeniowy-swiateczne-pojednanie-zolnierzy-w-1914-r


Did the First World War Christmas truce football match really happen?

It has become one of the most iconic moments of the First World War, and was recently chosen by Sainsbury’s as the subject of their huge Christmas advertising campaign. But there is still some debate about whether football featured in the 1914 Christmas truce. Here, Professor Mark Connelly from the University of Kent, and Taff Gillingham, a military historian who worked on the Sainsbury’s advert, share their verdicts…

Did the First World War Christmas truce football match really happen?

It has become one of the most iconic moments of the First World War, and was recently chosen by Sainsbury’s as the subject of their huge Christmas advertising campaign. But there is still some debate about whether football featured in the 1914 Christmas truce. Here, Professor Mark Connelly from the University of Kent, and Taff Gillingham, a military historian who worked on the Sainsbury’s advert, share their verdicts…
© The Art Archive/Alamy

“The evidence is too hazy to say with any kind of certainty that a match took place” – Mark Connelly

I have spent many years researching the Christmas truce, looking through war diaries, and papers at the Imperial War Museum. What I know from my investigations is that we just cannot find any conclusive evidence that a football match took place.
There is lots of evidence of a match being discussed on the day – a number of letters from soldiers see them telling their loved ones about loose plans to play a game – but it seems they never got around to it. This is understandable – no man’s land was a mess, so it would have been difficult to play on, and no one was going to allow opposing soldiers behind enemy lines [to play]! Plus, at least one letter suggests they could not actually find a football.
What’s more, there are problems with a key piece of so-called ‘evidence’ of football being played: a letter written by a doctor and printed in The Times on 1 January 1915, which says a soldier “played a game with the Saxons and lost 3–2”. The first problem is that this was merely reported speech – someone had told the doctor about the ‘game’. It was a ‘friend of a friend’ situation. Secondly, the regiment had been scored out [of the letter], so we cannot verify it.
For those who want to believe a match took place, there’s enough evidence that someone kicked about a ball at some point during the day – after all, soldiers then, as now, were very football orientated. And it would not surprise me if someone does pin this down one day. But at the moment I cannot put my money on saying that a match happened. While there is a lot of circumstantial evidence to suggest a ball was kicked around, it’s certainly too hazy to say with any kind of certainty.
It’s also important to consider: what constitutes a match? Is it a few lads rolling a ball along the ground, or is it a group playing a game with, say, agreed goal posts?
For me, to say a match took place would be to make two plus two tip over to amount to five.
Mark Connelly is a professor of modern British military history at the University of Kent, who last week presented his findings at a public symposium at the university. The symposium considers whether a Christmas truce football match took place, and why the truce has attained such iconic status in British popular culture.

 

“New evidence discovered this year proves there was football during the truce” – Taff Gillingham

You can count on one hand the number of accurate accounts about football during the truce. There are plenty of hearsay accounts, and a few fantasist accounts too – for example, an officer named Peter Jackson claimed to have played, but in 1968 was rumbled and admitted he had made the whole thing up – and there are a number of hearsay reports, of people having heard about a match, but there are only four pieces of evidence from soldiers who either played or witnessed the match. After researching the Christmas truce for 15 years, I can usually spot the real accounts from the fakes.
Until this year, I, like Mark, believed there was not enough concrete evidence to say that any football took place. And we need to be clear: what did happen can certainly not be called a 'match'. However, several months before I started working with Sainsbury’s I got in touch with an old friend who is a historian of the Norfolk regiment, who sent me some papers he thought could be of use.
Two were accounts by men who said there was no football, the third – after 15 years of looking – was an account by a Norfolk corporal who said he played.
Sure enough, in that pile were three very important sheets of paper – a letter written by Corporal Albert Wyatt of the Norfolk regiment, published in a newspaper in 1915, who said he had played a match in Wulverghem, Belgium. This was a breakthrough, as it corroborated a letter sent by Sergeant Frank Naden from the 1/6th Cheshires, telling home that he had played a Christmas Day match.
Naden's letter is widely known but, until now, there had been no corroboration for it. Here’s the thing – the two regiments units served together in the winter of 1914: the Cheshires, who were part of the Territorial force, had just arrived on the front line, and were mixed with the Norfolks for trench training.
So here we suddenly have two people in the same place saying they had played a game of football. That is corroborated evidence. I can now say, hand on heart, that there was a kickabout. I don’t even think it was on the scale that the Sainsbury’s advert suggests – the fact we don’t see lots of soldiers talking in letters and diaries about having seen the match indicates it was on a small scale – but there was a kickabout.
Indeed, the fact the kickabout was small is unsurprising, because many British soldiers were more interested in fraternising with the Germans: they just wanted to see them – to talk to them, to swap photos and food. Some even cut one another's hair. Remember, many of the German troops would have worked in bars and restaurants back home, so would have a decent grasp of English. So there were lots of conversations [on Christmas Day].
A few months ago German historian Rob Schaefer uncovered a postcard sent home by another soldier of IR133 who claimed to have played. The card corroborates a well known account by Lt Johannes Niemann of the same Regiment. Again, two men, same place, same time. The kickabouts at Wulverghem and Frelinghien are the only two places were kickabouts are corroborated, although in both cases there is no corroboration from the opposing side.
In spite of this, I think it is a great tragedy that football is hijacking the Christmas truce – in reality, football played an insignificant role in the truce. It really was more about fraternisation, which is why in the end Sainsbury’s toned down the emphasis on the football and instead highlighted the sharing aspect.
The first responsibility of myself and Khaki Devil [which provides First World War uniforms and replica weapons for film and television production] is to the veterans who can no longer speak for themselves. We would never have been involved with the advert if we did not think it was respectful, and based on hard evidence. The advert is a heartfelt tribute to the men of 1914, who have, in the centenary coverage so far, been horribly overlooked.
Taff Gillingham has been studying British military history for more than 25 years. He was recently an adviser to Sainsbury’s in the making of their Christmas advert, which focuses on the 1914 Christmas truce.
http://www.theguardian.com/world/2014/dec/16/truce-trenches-football-tales-shot-in-dark

Tuesday, 16 December 2014

widze sie... nieco inaczej))) i The Marriage and Civil Partnership Scotland Act

Teraz rzecz kilka o przeistoczeniu sie zwiazku partnerskiego na zwiazek malzenski. Potrzebujemy do tego 10£ kosztow, paszport lub ID, dotychczasowy certyfikat i dokument potwierdzajacy zawarcie civilpartnership obecnego oraz kwestionariusz osobowy, ktory wypelniamy w urzedzie. Oczywiscie na dokumencie zawarcia malzenstwa bedzie widniala data poprzedniego zawarcia zwiazku partnerskiego.
Oczywiscie mozna zazyczyc sobie ponowna ceremonie co wiaze sie sie z dodatkowymi kosztami. Jesli ktos bierze po raz pierwszy slub to i koszta sa wyzsze i czas oczekiwania tez sie wydluzy. Do tego potrzeby jest oczywiscie akt urodzenia i kwestionariusze.
Urzad certyfikat nasz przepisuje na miejscu i nie bedzie trzeba czekac na jego wydanie. Wszystko od reki.
Od dzis tj. 16 grudnia 2014 roku wchodzi w zycie ustawa o malzenstwach tej samej plci w Walii i Szkocji. Ustawa ta zostala uchwalona 12 marca tego roku. Dlatego tez dzis odbedzie sie to poraz pierwszy w historii i urzad zapewnil, ze moga byc trudnosci z wydaniem dokumentu. Ze wzgledu na dosc duze zainteresowanie parami les i gay.
przepisujemy dokument bo po pierwsze prawo nam to oferuje a po drugie chcemy. 
Najsmieszniejsze jest to, ze z zony stane sie ..zona.

Pozdrawiamy wszystkie pary nieheteronormatywne, heter, biale, czarne, a przede wszystkim szczesliwe zawierajace slub.

0832 448d



The Marriage and Civil Partnership (Scotland) Act 2014 received Royal Assent on 12 March 2014. The implementation timetable envisages the bulk of the Act's provisions coming into force by the end of 2014, with the first same-sex marriages in Scotland being possible around then. It is too early to say precisely when in 2014 it will be possible for same-sex couples to give notice to get married, but the existing maximum marriage notice period of 3 months will remain unchanged.

Once all the provisions are in force, it will be possible for same-sex couples to have a civil marriage ceremony, or a "religious or belief" marriage ceremony where the religious or belief body has opted-in to solemnising same-sex marriage. The Act will also allow certain civil partners to change their civil partnership to a marriage.

The Government intends to consult later this year on whether it should be possible for civil partners who registered their civil partnership outwith Scotland to have a ceremony in Scotland to change their civil partnership to a marriage.

Civil partnership will continue to be available to same-sex couples as before, as an alternative to marriage, and same-sex couples will also have the option of a "religious or belief" civil partnership where the religious or belief body has opted in to registering civil partnerships. The Government intends to consult later this year on the future of civil partnerships in Scotland. The Government has made it clear that existing civil partnerships can remain and there will be no obligation on existing civil partners to change their relationship to a marriage if they do not wish to do so.






6845 0fda

Thursday, 11 December 2014

uroczyste pucio- pucio

Straszne to dni nastaly. Dni wichur, gradu, sniegu i orkanow. Ale po kolei.
5.30 rano zakladalam rajtki a tu pokoj przebila jasna strzala jakby nagle sto lamp aparatow robilo mi zdjecie!
to burza szalala potem jak ryklo, potem bylo jeszcze gorzej, bowiem burza, sztorm i snieg z deszczem! 






zlo to wrozy bowiem grudzien jest!


ale nie do tego- 
z rozmow wczorajszych gdyz kartki swiateczne czas najwyzszy wysylac!

dialog - wystepuja ja i zona!

zona
 od boguszow to ta co sie teraz urodzila to Marlenka, tak???
ja -
 Marlenka, hahah jak ta wyderka z Pingwinow z Madagaskaru)))
zona-
 hahah tak ona))
chwila ciszy) 

zona
a ten starszy to Wiktor tak?
ja
niepewnie, tak!

chwila zadumy i nastepna kartka
ja
a u szkudlarkow to ta starsza to lena a ta mlodsza to natalia tak?
zona
Nadia, nadia przeciez!
zona dalej
a ten chlop to jakos normalne ma imie tak?
ja
zastanawiam sie i po chwili mowie 
tak , tak normalnie....aaaaa michal, ma , no przeciez Michal))0

mija kolejna chwila
zona krzyczy
Nie, nie, to Milenka, Milenka!

kurtyna

1736 692f 500

w dodatku to majac wczorajsza korespondencje dotyczaca Dworu
zalil sie pacjent, ze podczas gdy zostal przenoszony z jednego oddzialu na drugi w szpitalu, to nie dostal okularow i dodaje, ze.....

I've also loss my shoes!!!!


8795 a7aa

To byl dzien pierwszy jakis tam dziwnych zdarzen. Wczoraj bylo juz tylko....ciekawiej.

Tu juz mamy przyklad glupiejacego swiata ludzi z Wallmarkt i tutejszej sieci ASDA. Indyki swiateczne wchodza na glowe. Przynajmniej kobiecie cieplo w glowe? Czy jak tam?

I kilka slow o ozenkach!


Za jakie grzechy, Dobry Boze. To komedia francuska o losach pewnej dosc zamoznej rodziny. Rodzice  wydali juz za maz 3 z 4 swoich corek za imigrantow. Zostala najmlodsza do ozenku. Ta bierze za meza, afrykanczyka. To dopelnia czary goryczy matki i ojca. Mieli nadzieje, ze pan mlody okaze sie katolikiem, francuzem i bialym. Owszem tak jest. Tylko, ze wybranek najmlodszej jest czarny. 
(na marginesie- myslalam, ze najlodsza bedzie lesbijka, co czynilo by w moim mniemaniu jeszcze lepsza fabula ale). Film jest w tu i w Europie zakazany ze wzgledu na tresci rasistowskie. Dopatruje sie gdzie? Sa dowcipy tylko ale przemkniecie akcentow sa ale strasznie zabawne.
Kochani postawcie sie w skore tego starszego malzenstwa. Miec za zieciow. Araba, Zyda, Chinczyka a teraz czarnego i w dodatku komedianta. Ojciec panan mlodego z Afryki tez sie nie zgadza na biala synowa.
Nie wazne, ze najstarsza corka ma depresje i Chinczyk ma swoj bank. Drugi ziec Rashid jest prawnikiem a trzeci Zyd chce utrzymac tradycje i pierworodnego obrzeza zgodnie ze wskazowkami religijnymi i higienicznymi. Nie i koniec ma byc katolikiem. By byl wielki slub i tyle. W kosciele, Na bialo i z pompa. 
Za jakie grzechy bije we francji rekordy popularnosci. W sieci to samo. Humor jest tak swietny, ze kazdy jest uplakany. Dlatego tez uwazam, ze Za jakie grzechy musi kazdy obejrzec.

13:20
4559 c1a1















A propos slubu. 
Wczoraj Instytucja Zony poprosila ciocie o reke. Oczywiscie zgodzilam sie bez dwoch zdan. Slub jeszcze nie wiemy kiedy bedzie. Prawdopodobnie we wtorek. Daty i godziny jeszcze nie ustalilysmy. Za to dokumenty i wpisowe juz mamy.
Dlaczego nie znamy daty? Bowiem we wtorek 16.12.2014 roku wchodzi w Walii i Anglii przepis zrownajacy malzenstwa jednoplciowe. Takze procedura do malzenstw i przepisywania dotychczasowych civilpartnershipow ulega zlagodzeniu. Dlatego upraszcza sie czekanie no i pelnoprawnie bedzie sie ta ...panna mloda. Po raz drugi w naszym przypadku.
Wesele juz bylo. Z wielkim hukiem nawet. Dlatego ani swiadkowie ani ceremonia nie odbedzie sie. prawdopodobnie ...ozenimy sie w przerwie na luch)))
Nie, nie robie sobie smichow ani chichow. Po prostu idziemy i przepisujemy dokument. By legalnie, by normalnie miec pelnie wladz...chocby i umyslowych, ktore te ostatnio szwankuja)
(Normalnie to toasty beda sie odbywaly w swieta)
Wyjasnienie, dlaczego uslyszalam te magiczne slowa. Czy zostaniesz moja zona, wypowiedziane przez Instytucje Zony? Ano dlatego, ze za pierwszym razem to ciocia formulke wypowiedziala pierwsza.
Sprawiedliwosci stalo sie za dosc, nie bylo szklistych oczu i wzruszenia, och i ach. Tylko tak przyjemnie sie zrobilo. Oficjalnie i tak zona jest Instytucja Zony wiec ponownie zostaniemy....zona i zona.



Wiem co to znaczy byc zona i narzeczona dlatego tez skladamy wyrazne Wszystkiego Najlepszego ze zmiany stanu ...ze tak powiem cywilnego z singlii na narzeczonych La Bruche i Alchemika. Zrekowiny sie odbyly a na pamiatke wreczono sobie pierszczanki. Ale o tym dospiewa nieoceniona Shirley Bassey, ze diamenty sa wieczne i niejaka Norma Jean Bake, wystepujaca pod scenicznym nazwiskiem Marilyn Monroe. Bowiem Ta, uwazala diamenty za najlepszych przyjaciol dziewczyny.

7124 840a


i wspomniane przyjaciele



moge tak bez konca i zloty pierscionek tez)


lub to)


KURTYNA

Tuesday, 9 December 2014

z kulturka, ksiazkowo


Wojciech Cejrowski, Gringo wsrod dzikich plemion. Po niklej Mojej wyspie, lepszym Podrozniku WC nadszedl czas Gringo. Cudowna opowiesc i najlepsza ksiazka Wojciecha Cejrowskiego. Uczta dla wszelakiej tluszczy podrozniczej. Smietanka dla siedzacych przed telewizornia i ogladajacych przerozne programy podroznicze i dla tych co Arkady Fiedler robil. Naczelny homofob RP sprawdza sie jako gawedziarz, dopcipnik i nie razi Cejrowskiego pycha ani przechwalanie sie. Traktujemy jego opowiadania jako swietna zabawe i nawet nie raza gringo jego wywody o Bogu czasem nie na miejscu ani dlaczego tu sa. Niebanalne zarty traktujemy jako ciekawostki a rubaszne wtracenia jako blazenada. To jednak nie czyni lekture zla. Najwazniejsze dla wszystkich to przestrogi dla bialasow i co najwazniejsze wyjasnienie pojecia czasu.

Wojciech Cejrowski, Podroznik WC, Wydanie II poprawione. To trzecie dzielo Wojciecha Cejrowskiego, ktore mam w rekach. Postac kontrowersyjna i zuchwala, ktorej nie brakuje fantazji i brawury. Podroznik WC tym razem cieszy czytelnika z podrozy po Meksyku, Gwatemali, Panamie i Kolumbii. Podroznik WC juz nieco lepszy niz Moja Wyspa za to gorszy niz Gringo. Przeraza przypinanie latek do poznanych kultur i ludzi. Co ciekawi to przygody i zycie globtrotera. Razi politykowanie i czasem chamstwo. Jednak nie przekresla to Wojciecha Cejrowskiego jako pasjonata podrozy. Dzieku Podroznikowi WC dowiadujemy sie nieco wiecej niz szklany ekran nam proponuje a gawedy nam serwowane czasem bierzemy w duzy nawias.


Dave Boling, Guernica. Na jakis czas raz cos sie trafi. Ksiazka wybrana przez Brytyjczykow jako najlepsza ksiazka wakacyjna (sic) daje sie we znaki ale bez przesady. Owszem porusza tragedia Baskow co do tego nie ma dwoch zdan ale nie piejmy nad porownaniem Guernici do Stu lat samotnosci. Nowoczesny jezyk czasem razi ale mysle, ze to nieumyslne tlumaczenie i wystepuje naprawde sporadycznie. Teraz pochwala. swietnie wypadlo porownanie sennego miasteczka i wplecenie losow Wolframa von Ritchtofena kuzyna Manfreda  - Czerwonego Barona (choc i ten pojawia sie na kartach powiesci) plus zycie i zamysl Piccassa. Daje to smakowite dzielo. Jednak wszystko to jest gdzies obok a osia czasu kreci rodzina Ansotequich i jej prosty zywot, ktorej nie powinno sie nic stac a tym bardziej smierc swych czlonkow i zburzenie domu w ktorych mieszkali.

Paul Teutul, The Ride of a lifetime. American Choper kazdy zna i podziwia. maszyny, silni mezczyzni, biznes przekazywany z ojca na syna. Czy jednak? Wieczne klotnie i nieporozumienia. Podzial firmy. Rodzina w rozlamie. Pracownicy nie maja oparcia. W tle jakies nalogi i trudne charaktery. Tym wszystkim charakteryzuje sie Moje zycie i milosc i do fitrmy, pracownikow i do ukochanych przez wszystkich motorow. paul senior to chlop prosty. Pisze jak jest i jaki ma umysl. Wszystko podaje krok po kroku. Ksiazka to nie tylko zbior wspomnien to biblia dla kazdego, ktory chce rozkrecic swoj interes ale i jak utrzymac przy tym zdrowy balans zyciowy. Jak nie lubie Paula krzyczacego, ba wydzierajacego sie tak pokochalam go za prosty przekaz bowiem chlop wie co robi. I oby jak najwiecej pieknych maszyn przed nim i powodzenia dla Paula juniora by sie nie dal.
Teutule to po czesci Polacy i w kasze dmuchac sobie nie daja.

Sarah Waters, Niebanalna wiez. XIX wiktorianski Londyn. Dzielnice Sydenham, Fulham nie wsposob nie siegnac po raz drugi po ksiazke. Do tego kolejna przyjemnosc obcowania z  wyobraznia autorki daje czytelnikowi pelny obraz bogactwa tamtejszych czasow jak i przyjemnosc slownictwa. Mistycyzm, seanse spirytystyczne, zachowania, moda, spoleczenstwo i zycie elit nie tylko tych wyzszych pokazuje nam cos co stworzylo Wielka Brytanie i co kazdy chcialby poznac. Sarah Waters moze az tak nie zachwyca w obecnosci Zlodziejki jednak Niebanalna wiez a szczegolnie jej koncowka stanowi uczte i niebanalnosc powiesci.

i tak jak w temacie filmow, muzyki i ksiazek czekam na cos lepszego!

8496 5524 390

z kulturka, filmowo


Fury. Taki Szeregowiec Ryan w czolgu. A raczej 5 pancerni bez psa. Sami jedyni przedzieraja sie do Berlina. oswobadzaja. Zmuszeni na rozstaju drog do bohaterskiej obrony walczyc i ginac. Historii malo za to akcja jest i to swietna. Technicy i pirotechnicy sie nie lenili. Wierne odzwierciedlenie panzerfoustow, panzergranate, tygrysow i M4A2E8 Sherman jako wspomniany Fury czyli furia. 
Uczta dla wielbicieli ciezkiego sprzetu, wojny i bohaterskich czynow.
Naprawde polecam.

I to chyba byl jedyny dosyc normalny film, ktory ostatnio ciocia ogladala a chyba z trzy tygodnie. Czasu zabieraja produkcje, ktore nie powinny sie ukazac.
No dobra biografia jamesa browna. Ojca chrzestnego soul. Jednego z niezapomnianych muzyki rozrywkowej, skandalisty i czlowieka o dosyc ciezkim losie.
Trudne dialogi i dosyc przewrotna konwencja filmu. Za to sciezka dzwiekowa idealna. przeboje Mens world lub I feel good siega sie gesto i tylko przeboje ratuja tak naprawde film Get On Up.


Biala Mysz czy Christine Granville  


Na celowniku Gestapo Nancy Wake/Gestapos Most Wanted
Z telewizornii Planete. Historia Nowozelandki Nancy Wake (pseudonim Biala Mysz), ktora to ocalila swiat. Kochani chwalimy cudze a Krystyne Skarbek gdzies tam mamy. Wychodzi na to, ze francuski ruch oporu uratowal swiat. tak nie bylo i sie nie zgadzam. oczywiscie chyle czola przed odwaga i brawura i tutulowej bohaterki i wszystkimi uczestnikami walk ale tak byc nie moze. Ze nad jedna nancy pochylaja sie wszyscy a nad niektorymi wcale. nad nancy Wake zrobiono juz film, serial i seral dokumentalny. Wydano kil;ka ksiazek a zapomnianych bohaterow wychwala tylko Biszop z Aberdeenu.
Wola to o pomste do nieba i zla jestem, ze nic np o Ulubionej agentce Churchila jaka byla Krystyna Skarbek nikt nie slyszal a Legendarnego Kuriera Jana Karskiego wyciaga sie niejako przy okazji. Wstyd.

                                         

Listy od nieznajomego lub Snails in the  Rain. To izraelski obraz niby gejowski. Trudno sie nad nim pochylac. Wiedziona raczej ciekawoscia film obejrzalam ale tylko stwierdzam, ze czasem lepiej nie byc ciekawym bo sie dostaje kociej mordy.
Student lingwistyki w Tel Awivie w roku 1989 otrzymuje tajemnicze listy od nieznajomego mezczyzny. Ten jest zakochany. Nasz bohater Baez, ktory mila juz przygody homoseksualne w wojsku stara sie tlumic je ponownie w zarodku. Boeza dziewczyna walczy o chlopaka zawziecie i domysla sie, ze glownym sprawca balamucenia Baeza jest jego profesor. Idzie dzielnie na uczelnie tam wszystko rzuca na klate. Profesor rezygnuje. Baez zapladnia dziewczyne i to nawet dwukrotnie. Potem widzimy te slimaki w deszczu z dziecmi. ja sie pytam po co? Chyba rezyser wie lepiej.


The Drop. Tom Hardy. James Gandolfini w ostatniej swej roli i ta, ktora mnie przyciagnela do kina to Noomi Rapace (Girls Dragon). Nawet nie pytajcie o czym to dzielo bylo. Wymeczyli sie tam i aktorzy i ciocia.

Zeganj Krolowo. Diana Kruger, mowiaca swietnie po francusku jako krolowa Maria Antonina i Lea Seydoux jako madmoselle Agathe Sidone Laborde. Nieszczesliwa milosc Marii do Duchesse de Pollignac. Humory krolowej i kretactwa na tyle by zakochana w niej i krolestwie Sidone wystawic na ciezka probe. Straszny to zywot gdy gra jest warta glowy. A te jak wiadomo lecialy czesto i gesto. Polecam. Chocby dla umierajacego schylku i przepychu.


Tylko na litosc boska nie siegajcie po jakies horrory. Chrystusie Njebieski. Gdzie te lata z ktorych wynikal jasny przebieg Zla pisanego przez duza litere. Poltergeist, Egzorcysta az sie plakac chce jak takie cos w rodzaju Annabelle czy Jessabelle sa produkowane.


a tu drugi gniot Jessabelle

wciaz czekam na cos lepszego - moze nadejdzie?

Thursday, 4 December 2014

wybielam sie za nic nierobienie

3713 1d51 410

Zaczynam juz wariowac i sie prezyc. tzn swieta tuz tuz. Do tego potrzebne sa 30 talerzy wszelakich. Tylez samo kieliszkow, lityeratek, musztardowek i innych szkiel. 2 choinki, ktore juz stoja. Bombki na karniszach. Wianki. Chu., muje i reszta. Zaczynam siebie sluchac i zaczynam sie bac. Tzn moze to i dobrze. Bom juz przygotowana i zwarta. poczyniam procesy juz grastyczne i trawienne. Bigosy zeby sie przegryzly i zeby potem nie plakac ilez to ja musze wydac diengow na swinta.

1252 f23b 410

Miniony tydzien bardzo sie ciocia o siebie obawiala. tzn mowiac brzydko - psa za ogon nie pociagnela. i bylo mi z tym bardzo zle! Tzn instytucja Zony tez w tym nic zlego nie widziala. Byl to juz prezent urodzinowy i wprowadzajacy do pracowitego adwentu we dworze. Bowiem juz sie nie nudze a przeciwnie zap. jak kazdy imigrant. dosc juz rzewnych kawalkow i pierd. o niczym. 
a czy zaluje, ze nic nie robilam przez dwa dni.
Fcale.
 a teraz sram ogniem

6269 fc06 410

Wednesday, 3 December 2014

Kossakowski szosty zmysl

W przepastnych pierdolach telewizornii spoko koko krajowej mozna natrafific na takie cus? Przemyslaw Kossakowski. Szosty zmysl. Trzy sezony. Hmm ciocia sobie mysli. Pierdola jakas. Ale ciekawosc i moje zainteresowania wziely gore. do tego podroze. I to egzotyczne. Bo I kolej transsyberyjska i Balkany i cuda niewidy w jednym. Ciocia sie wciagnela. malo tego Instytucja Zony tez. I nie opowiadalam i nie przekonywalam. Szosty zmysla sie oglada na poczatku jako ciekawoste, potem przygode, czasem jako folklor lesnych dziadkow a czasem szczeka opada i lezy na podlodze.
Ze medycyna ludow, ktora zamiera, ze czynienie urokow przez Cyganow, ze modlitwa, ze jakies tam czary - mary i fajerwerki ale szamani mongolscy i to co robia to to trzeba zobaczyc. A jest co.
Rzecza, ktora zastanawia to zarliwe modlenie sie ludzi. W cokolwiek i gdziekowiek. Byle byc tylko zdrowym. Byle by byc wysluchanym i dotknietym tym czyms. Nieokreslonym zbawieniem. Dzialaniem tego czegos. 
Przemyslaw Kossakowski testuje, daje wiare, pokazuje, czasem irytuje swoich jasnowidzow.
Ale to co przezywa za kazdym razem daje do yslenia. I do kaduka, wszyscy stawiaja taka sama diagnoze?
Ja sie wciagnelam. Zaoferowalam sie i mysle, ze oprocz tej wymiernej sfery zycia istnieje jeszcze cos.
Do tego dochodzi ta wiejska ludowa sztuka leczenia. Swiata szeptuch, wiejskich zielarek, babc, ktore po prostu odchodza na tamten swiat nie zostawiajac nikogo kto by chcial odziedziczyc te moc - chocby i przywracania pogody ducha.

Tutaj sa felietony Przemka z NaTemat. I pierwszy material rytual ZEN. Kochani to ostatni material znad jeziora Bajkal. Jesli to zobaczycie, to we wszystko mozna juz uwierzyc.
http://przemekkossakowski.natemat.pl/


Tutaj znajdziemy wszystkie materialy z podrozy Przemka - Przede wszystkim z Ukrainy, Rosji i Balkany.
http://ttv.pl/1740,przemyslaw-kossakowski,ludzie.html

Tutaj matarial z YT Przemka Kossakowskiego z radiem Para- Radio



Tutaj wywiad z Wysokich Obcasow
Przemek Kossakowski - rocznik 1972. Prowadzi w TTV program o medycynie niekonwencjonalnej
Przemek Kossakowski - rocznik 1972. Prowadzi w TTV program o medycynie niekonwencjonalnej "Kossakowski. Szósty zmysł". Wcześniej niezwiązany z mediami. Wielbiciel malarstwa flamandzkiego, boksu, baletu i polskiego hip-hopu. W chwilach wolnych rysuje (Fot. materiały prasowe)
Gdy wyszedłem z grobu, świat wydał mi się taki piękny! Te cherlawe brzózki były cudowne, te ohydne komary - wspaniałe, a mojego kata chciałem już tylko tulić do piersi
Artykuł otwarty
Lubisz, gdy ludzie się o ciebie martwią?

Nie, ponieważ mnie to obarcza. Czuję się zobowiązany, bo wolałbym nie przysparzać, szczególnie bliskim, zmartwień.

A co mówi mama, gdy na głowie palą ci len albo skacze po tobie hipnotyzer lub kopiesz dla siebie grób, w którym przez całą noc leżysz?

Dziś martwi się o mnie inaczej, bo już trochę chyba też zaczyna odczuwać dumę. Wiesz, ja nie byłem łatwym synem, na ogół żyłem w klinczu z życiem i nie wiedziałem, co ze sobą począć. Ale też równocześnie, patrząc wstecz, nie mogę nadziwić się swojej beztrosce, bo widzę, ile było sygnałów, że w moim życiu coś jest nie tak, a ja je zupełnie ignorowałem, tak jakbym ich nie widział. Gdy mieszkałem na wsi, dwa lata zajęło mi np. zauważenie, że już nie maluję. Wypracowałem sobie doskonały slalom niewidzenia kłopotów i niebezpieczeństw. Tak bardzo starałem się wtopić w to wiejskie życie, że wszystko inne zamarło. Zatraciłem się i w pewnym momencie zauważyłem, że od paru lat nie mam kontaktu z żadnymi galeriami. Potem, kiedy w związku z kolejną emocjonalną amplitudą wyniosłem się do Łodzi, próbowałem jeszcze malować, ale dostałem do tej pasji niemalże fizycznej niechęci.

Aż wtem?

Kiedy na horyzoncie pojawiły się media, byłem bezrobotnym w ciężkiej dupie, bez prawa do zasiłku i jakiejkolwiek siły na rekonstrukcję samego siebie. Tak jakbym się zużył, nadużył, zgasł. To, że udało mi się trafić nagle do programu "Szósty zmysł", uważam za wielki przywilej, który udowadnia, że z jakiegoś powodu mam w życiu szczęście. W pewnym momencie dowiedziałem się, że powstaje nowy kanał w telewizji i że jeżeli wymyślę coś ciekawego, to mam gwarancję, że mój projekt nie utknie gdzieś po drodze w jakimś koszu asystenta czy sekretarki. Napisałem ze trzy, cztery propozycje i bardzo szybko skontaktowano się ze mną i powiedziano, że jedna z nich - "Szósty zmysł" - to projekt ciekawy.

Z czego żyłeś, nim trafiłeś do telewizji?

Pracowałem w warsztacie u miejscowego mechanika i jednocześnie kierownika ochotniczej straży pożarnej albo szedłem z piłą do lasu, gdzie stawałem się drwalem. Zdarzało mi się wyjeżdżać - na przykład do Francji, gdzie zbierałem ziemniaki albo pracowałem w chlewni, lub Holandii, gdzie pracowałem na budowie, dopóki kryzys nie trzepnął starej Europy i trzeba było szybko zwijać rusztowania.

Żyłeś życiem freaka?

Trochę tak, ale nie wariata. A jednak ten mój styl życia i myślenia odbił się też mocno na warstwie emocjonalnej - rozstałem się z żoną, choć nawet w pewnej chwili miałem w sobie tęsknotę do unormowanego życia. Tylko że ja nie mam w sobie sprytu ułożenia takiego zwykłego życia. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak miałoby wyglądać. Etat? Miałem taki epizod, że przez rok byłem wykładowcą w jakimś studium policealnym i to było nawet fajne, ale potem się skończyło i nie miałem w sobie z tego powodu ani trochę żalu. Płynę z nurtem rzeki, choć nie zawsze mi się ta moja pasywność podoba. To nawet nie chodzi o to, by płynąć pod prąd, ale czasem może byłoby dobrze powiosłować albo złapać się jakiejś gałęzi? No dobra, zamierzam pracować nad sobą, być bardziej aktywny, gniewny, zdecydowany. Taki trochę męski, bo zostałem wychowany przez kobiety i czasem myślę, że nie ma takiej możliwości, żeby to się na mnie nie odbiło. No jak ja mam być teraz stanowczy, powiedz? Chciałbym, ale wydaje mi się, że mam deficyt męskiej energii.

Maczyzmu?

Tego w ogóle we mnie nie ma. Czasem dowiaduję się na portalach społecznościowych, że jestem macho, i wybucham śmiechem.

A kto to jest męski mężczyzna?

Taki stanowczy, z wizją, planem i całą konsekwencją wykonywania go. Cel i twardy kurs na jego realizację - to motto faceta! Mam wrażenie, że cały czas opowiadam ci o cechach, które leżą u mnie pod choinką.

Ale lubisz siebie, przyznaj?

Uważam, że jestem bardzo fajny (śmiech). Tylko ta rzeka, te wiosła, wiesz. Dokąd ja w ogóle płynę?

Nie robisz planów na przyszłość?

Nie mam ku temu danych, żeby coś planować, choć staram się robić to, co robię, jak najlepiej. Może to jest jakaś inwestycja ta teraźniejszość? Odkryłem niedawno, że nigdy nie było mi tak dobrze ze sobą jak dziś. W jakimś sensie czuję się spełniony. Być może wynika to z docenienia, może akurat tego pragnąłem od zawsze? Nie wiem, ale czuję w sobie rodzaj spokoju, mam irracjonalne poczucie bezpieczeństwa, choć wiem oczywiście, że media mogą mnie zaraz wypluć jak pestkę. Chyba jednak te nieoczekiwane meandry, te wiraże, które przeżyłem wcześniej, zahartowały mnie i działają antylękowo.

Może Warszawa tak cię koi?

Mam ciekawość i głód tego miasta, fascynuję się Warszawą bezkrytycznie i cały czas mam wrażenie, jakbym tu dopiero co ze wsi przyjechał, a jestem prawie od roku. Pamiętam, gdy moja mama, która mieszka w Gdyni, zaprosiła mnie kiedyś z tej mojej wsi Popielewo do siebie i mówi tak: "Wszystko zaplanowałam, zjemy śniadanie, a potem pojedziemy za miasto, tam, gdzie są takie kamienne kręgi". A ja: "Mamo, przecież ja mieszkam w centrum lasu, do najbliższego sąsiada mam pół kilometra i nawet go nie widać, bo ma dom za górką, pełna izolacja, sensacją jest przejeżdżający traktor, a ty proponujesz mi wycieczkę do lasu?". "To co ty, synu, chcesz?" "Zabierz mnie do Tesco!" - powiedziałem z wielkim przekonaniem.
I do dziś mi tak zostało, że potrafię w nocy - bo pusto - jechać do marketu i gapić się na to kolorowe, na to oświetlone, na to nikomu niepotrzebne i chodzić między tymi nierzeczywistymi półkami. Moja miłość do hipermarketów jest zupełnie platoniczna. Nie chcę konsumować. Nie muszę iść do kasy. Wystarcza mi cross w surrealnym półśnie, a po wyjściu nie pamiętam nawet, co oglądałem. Jeżdżę też nocą samochodem i napawam się gigantyczną architekturą warszawskiego Śródmieścia. Taka radość przejeżdżania. Żaden tam proces intelektualny. Jeżdżę bez czasu, bez myśli. Jak ten kretyn.

A może ty po prostu już oszalałeś przez to, że od wielu miesięcy wchodzisz w świat znachorów, uzdrowicieli, szeptunek lub zwykłych czubków. Może taka jest cena?

Tego jeszcze nie wiem, ale lubię wchodzić w te ich światy z domniemaniem, że oni mają rację. To rodzaj głębokiej psychodramy, w której ja nikogo nie udaję, nie gram, jestem prawdziwkiem. Jeśli pytam kogoś: "Naprawdę?!", to nie ma tam miejsca na przymrużenie oka. Wciąż nie mogę nadziwić się tym ludziom, bo są po prostu fascynujący, gdy zaczynają odkrywać swoją moc. Abstrahując od tego, czy jest to moc obiektywna, czy tkwi tylko w ich głowach. Jak Ałła Nikołajewna Cymbal z Jałty, która gada z duchami z Nitrona - planety położonej w najdalszej i najstarszej części kosmosu. Ona w to wierzy i w związku z tym cała jej rzeczywistość obrasta w to, co ona ma w głowie. Nagle wokół niej zaczynają orbitować inni ludzie: a to sąsiadka, a to asystentka, którzy albo tego potrzebują, albo mają przekonanie, że to, co mówi Ałła, jest faktem. W tym momencie tworzy się mocna rzeczywistość równoległa.

A w twojej głowie pytanie: z jakiej racji to nasza rzeczywistość jest obowiązująca?

Większość ludzi uważa, że obowiązuje ich nasza rzeczywistość, ale może to Ałła Nikołajewna Cymbal z Jałty ma rację? Jej podróże na Nitron poprzez tranzytowy Uran (gdzie często wysiada Kaszpirowski, który na Nitron nie zasłużył, bo według Ałły jest czarnym magiem) nie są faktem, ale w taki sam sposób nie jesteśmy w stanie udowodnić, że istnienie Boga w trzech osobach ma miejsce naprawdę. Większość ludzi w to wierzy, ale to wcale nie musi być prawda. Nie ma zatem żadnych powodów ku temu, by Ałła nie mogła podróżować na Nitron. Tym bardziej że oprócz Boga żyją tam aniołowie, święci i kilku wybrańców, a wśród nich zmarły syn Ałły.

Rosja to w ogóle była moja największa dotychczasowa przygoda. Im bardziej na wschód, im dalej od Europy, tym robiło się ciekawiej. W pewnym momencie zaczęli się uzdrowiciele muzułmańscy, którzy też leczą modlitwą, ale opartą na języku arabskim. Potem pojechaliśmy jeszcze dalej i muzułmanie zaczęli zanikać, a w ich miejsce pojawiali się buddyści. W końcu znaleźliśmy się w miejscu, gdzie buddyzm przenika się z szamanizmem, a więź pokoleniowa jest niezmącona. Na koniec przeszedłem rytuał, stary, bardzo brutalny, trochę może nawet nieludzki. Żen. Zabija się barana, a jego wnętrznościami okłada się człowieka i takiego zawija w koce. Żen jest podobno kombajnem na wszystkie potencjalne i istniejące dolegliwości, a Buriaci mówią, że każdy mężczyzna powinien przejść go trzy razy w życiu.

Leżałem obłożony tymi flakami, z ułożoną z wielką czułością baranią śledzioną na głowie, moje nogi tkwiły w zwierzęcym żołądku, a tuż za mną na stole kobiety w spokoju lepiły pierogi. Nagle pewna babcia otworzyła drzwi i zawołała: "Dzieci, dzieci, chodźcie zobaczyć!". U nas za taką sielankę byłby murowany kurator. A tam? Po 40 minutach z aseksualną czułością ludzie obmyli mnie z krwi i gówna, a ja po raz pierwszy w historii programu potrzebowałem pomocy, by wstać. Moje walizki zanieśli do samochodu Buriaci, a ja nie miałem nawet siły, żeby się wstydzić. Taki byłem oszołomiony.

Myślisz, że jesteś królikiem?

Nie jestem królikiem. Jestem poligonem i bardzo ciągnie mnie do tych ludzi ładunek ich inności. Najprościej mówiąc, im ktoś jest bardziej normalny, tym trudniej mi z nim rozmawiać.

Eksploruję margines, który cały czas się zawęża, bo takich ludzi jest coraz mniej. W Polsce naliczyłem jedynie pięć czy sześć szeptunek. Na pewno ktoś mi umknął, bo one nie reklamują się w internecie i trudno je znaleźć, ale jak się później - czyli w drugim sezonie "Szóstego zmysłu" - okazało, na Ukrainie szeptunka mieszka w co drugiej wsi. Dopiero tam zobaczyłem to wszystko, co myślałem, że znajdę w Polsce. Kobiety leczące modlitwą, znachorów, zielarzy, ludzi ściągających klątwy. Oddałem się im z ogromną ciekawością.

Nie sądzisz, że już wystarczy?

Ostatnio pod Moskwą pewien człowiek powiedział, że nie powinienem tak często się oczyszczać, bo może to spowodować efekt wyjałowienia. I dodał jeszcze, że nie ma powodu, bym aż tak egzaltował się tymi rytuałami i zabiegami, bo to jest tak jak z witaminami - nie powinniśmy ich brać w zbyt dużej ilości.

Czy czasem czujesz strach?

Parę razy się bałem. Gdy ostatnio zakopywano mnie w Rosji i zacząłem czuć ciężar ziemi na ciele, z każdym szpadlem coraz silniejszy, miałem w sobie taką intelektualną pewność, że nic złego mi się nie stanie, bo przecież mnie odkopią. Ale usłyszałem w sobie pomruki niepewności i nie dziwię się ludziom, którzy się tego rytuału boją. To była dla mnie sytuacja graniczna, której już bym nie powtórzył. Przetrzymałem to pogrzebanie, ale raz przez rurkę wydobyłem z siebie jęk: "Wyjmijcie mnie". I wtedy dopiero zdarzyła się masakra. Odpowiedź brzmiała: "Jeszcze dziesięć minut". Obiecałem sobie, że temu, kto to powiedział, zaraz po wyjściu dam z całej mocy w trąbę. Ale gdy wreszcie wyszedłem z tego grobu, świat wydał mi się taki piękny! Te cherlawe brzózki były cudowne, te ohydne komary wokół - wspaniałe, a mojego kata chciałem już tylko tulić do piersi.

A siły nadprzyrodzone?

Nie boję się świata duchów, bo jeżeli ten świat istnieje, to nie powinniśmy przykładać do niego swojej miary - że niby oni są tak samo jak my mali, zawistni i przebiegli. Ja w to nie wierzę. Jeżeli duchy istnieją, to są tym bytem bardziej subtelnym i wyrafinowanym i nie chce im się robić tego wszystkiego, co jest treścią większości horrorów, czyli straszenia lub krzywdzenia ludzi. Myślę, że jeśli już, to duchy częściej boją się ludzi.

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53668,15411232,Przemek_Kossakowski__im_ktos_jest_bardziej_normalny_.html