Wednesday, 26 October 2016

kolejka a fetyszyzacja pracy




Gdy jak co rano w drodze do pracy gnieciesz się w kolejce, pojawia się pytanie: po co to wszystko?
Peter Fleming, który wykłada Biznes i Społeczeństwo na londyńskim City University, stara się odpowiedzieć na to pytanie w swojej książce The Mythology of Work (Mitologia pracy). Gdy spotkałem go w zdecydowanie zbyt drogiej kawiarni we Wschodnim Londynie, powiedział mi, że: „W ruchu odmowy pracy nie chodzi o lenistwo". Jego zdaniem „nie ma to nic wspólnego z nieróbstwem. Prawda jest taka, że jeśli chcesz zobaczyć, jak ktoś nie robi nic, poszukaj w dużej korporacji. Niektórzy z nas mają to szczęście, że całkowicie spełniają się w swoim zawodzie, ale stanowią zdecydowaną mniejszość".
Ogólna niechęć do pracy jest o tyle dziwna, że jeśli mieszkasz w dużym mieście, to jednym z pierwszych zapoznawczych pytań, jakie każdy ci zada, jest: „Czym się zajmujesz?". Zdaniem Fleminga to naturalne. „Ideologia pracy obróciła w perzynę wszystkie tradycyjne struktury związane z religią, sztuką, rodziną i innymi symbolami społecznego statusu. W rezultacie znaleźliśmy się w sytuacji, w której na każdym kroku słyszymy, że jedyne co się liczy to wykonywany zawód – dlatego całe nasze życie powinno się obracać wokół pracy, powinno być do niej dostosowane. Równocześnie postępuje indywidualizacja społeczeństwa, która rozrywa tradycyjne społeczności".
Globalne badanie przeprowadzone przez Instytut Gallupa w 2013 roku podzieliło pracowników na trzy kategorie: Zaangażowani (13 procent), Niezaangażowani (63 procent) i Aktywnie Niezaangażowani (23 procent). Pracownik zaangażowany to w zasadzie służbista: „Osoba, która zrobi wszystko, co w jej mocy, by zapewnić sukces organizacji, ponieważ postrzega swój dobrobyt jako nierozerwalnie sprzężony z powodzeniem firmy. Jeśli zauważy, że coś można zrobić lepiej, dzieli się tą informacją".
Pracownik niezaangażowany to taki, który po prostu się poddał; wszystko mu jedno: „Przemieszcza się pomiędzy Piekłem nr 1 [dom] a Piekłem nr 2 [miejsce pracy], w tę i z powrotem. Cierpi na »prezenteizm«: pojawia się w biurze o 9 rano, w dwie-trzy godziny załatwia wszystko, co ma do zrobienia tego dnia i przez resztę czasu po prostu siedzi i nic nie robi".
Jeśli czytasz te słowa w pracy, możliwe, że znasz to z własnego doświadczenia.
Tymczasem ktoś aktywnie niezaangażowany para się umyślnym sabotażem. „Szkodzi organizacji. Dostrzega problem, zna rozwiązanie, ale decyduje się zachować je tylko dla siebie. Kradnie. Szkodzi i uprzykrza życie innym. Niedawno dość głośno było o pewnym urzędniku miejskim, który w pracy nasrał do dozownika z mydłem. Rozmieszał mydło z kupą, a jego nieświadomi koledzy z pracy później go używali. Taki ktoś krzywdzi również samego siebie poprzez autodestrukcyjne zachowania lub nawet samobójstwo".
Akcja z kupą w mydle jest dziwna i doprawdy karygodna, ale jeśli podkradasz wyposażenie biura albo zdarza ci się przyjść do pracy z koszmarnym, nieplanowanym kacem w środku tygodnia, gratulacje: należysz do tych 23 procent.
„Ciemnej ekonomii nie widać w oficjalnych deklaracjach polityków i ekonomistów, tylko wtedy, gdy bankier rzuca się z dachu. Nie bez powodu alkohol jest u nas opodatkowany na najniższym poziomie w całej Europie (przyp. red. Dostępne zestawienia zaprzeczają tej tezie: brytyjski podatek akcyzowy od alkoholu należy do najwyższych UE, zaraz za Finlandią. Co ciekawe, najniższą akcyzę w Unii płacą Hiszpanie i Polacy) – to powszechnie akceptowany sposób, by dać ujście frustracji wywołanej wyzyskiem. Nie można jednak akceptować ciemnej ekonomii – domowej przemocy, związanych z pracą samobójstw itd.".
Instytut Gallupa szacuje, że w Wielkiej Brytanii aktywnie niezaangażowani pracownicy kosztują państwo 52-70 miliardów funtów rocznie.
W pracy spędzamy coraz więcej czasu, nawet jeśli stoi za tym tylko „prezenteizm". Na dodatek ostatnio wiele firm przychylnie patrzy na alkohol w miejscu pracy – tzw. Picie „al desko" (przy biurku, gra słów z al fresco, czy na świeżym powietrzu). Choć drinki w biurze w piątkowy wieczór mogą sprawiać wrażenie, że masz po prostu miłego szefa, Fleming jest bardziej cyniczny. Jego zdaniem zacieranie granic pomiędzy pracą a czasem wolnym i zabawą jest niebezpieczne. Współczesny kierownik „chce być twoim przyjacielem i zazwyczaj faktycznie jest miłą osobą. To najgorsza rzecz, jaka się może zdarzyć. Jeśli mój zwierzchnik uważa mnie za swojego przyjaciela i możemy sobie razem żartować, pomiędzy nami wytwarza się więź, od której nie ma ucieczki. Jeśli nie chcę wykonać jakiegoś polecenia, on uzna to za osobistą zniewagę, jakbym zdradzał naszą przyjaźń. Całkiem słusznie może powiedzieć: »stary, przyjaciela tak się nie traktuje«".
Relacje pomiędzy pracą i gorzałką były kiedyś diametralnie różne. W XVIII wieku pracownicy obchodzili Święty Poniedziałek – „Obyczaj, w ramach którego robotnicy porzucali swoje narzędzia, opuszczali fabrykę i szli pić na umór w poniedziałek rano, wraz z początkiem nowego tygodnia pracy" – wyjaśnia Fleming.
W swojej książce Peter używa terminu „bio-proletarianizm", by wytłumaczyć naszą obecną sytuację. „Bio-proletarianizm odnosi się do sposobu, w jaki samo życie jest zaprzężone do ekonomii. Umowy na zero godzin (brytyjski odpowiednik śmieciówek) stanowią świetny przykład. Gdy pracujesz na takiej umowie. Nigdy nie jesteś niedostępny. Powiedzmy, że pracujesz dla agencji, która zapewnia obsługę baru. Myślisz, że pracujesz za barem dziś wieczorem i się przygotowujesz – za własne pieniądze kupiłeś ubranie itd. Po czym odbierasz telefon od kierownika, który mówi: „jednak cię nie potrzebujemy", więc zostajesz w domu. Jednakże zawsze jesteś gotowy do pracy, nawet kiedy nie pracujesz. Życie zmienia się w nieustanny ciąg pracy i stałej gotowości do niej".
Co zatem mamy począć? Jak stawić opór pracy? Fleming opisuje przypadek, gdy złapał grypę i wykorzystał to, by przez tydzień odpocząć. Słyszymy, że „praca dobrze nam zrobi", ale prawda jest dokładnie odwrotna – siedzenie za biurkiem to nowe palenie papierosów.
„Opór jest wielce utrudniony" – mówi Peter – „przez ekonomizację siły roboczej. By zaoszczędzić, dąży się do indywidualizacji. Wszyscy dostają osobne umowy, są samozatrudnieni. Na przykład w 2013 roku pojawiły się doniesienia, że 70 procent pilotów Ryanaira jest samozatrudnionych – sami płacą za swoje mundury i hotele między lotami. Musimy zrekolektywizować pracę i na nowo odkryć siłę pracowników".
Fleming proponuje naprawdę wielkie, daleko idące rozwiązania: dochód podstawowy z nadwyżki budżetowej, upaństwowione przedsiębiorstwa, trzydniowy tydzień roboczy i koniec fetyszyzacji pracy.
Przede wszystkim jednak chce, żebyśmy zrozumieli, co jest nie w porządku i dlaczego pracujemy tak wiele, a także byśmy zaczęli rozmawiać z innymi osobami w takiej samej sytuacji. „Z historycznego punktu widzenia, społeczeństwa, które wymagały od ludzi więcej niż trzech dni pracy w tygodniu, zazwyczaj opierały się na niewolnictwie. Nie potrzebujemy pracować więcej niż 20 godzin tygodniowo".
Daje do myślenia.

niech bedzie pochwalony



Podobno Polacy sa najbardziej rozjezdzonym narodem w Europie. I tez niesympatycznym i niewspolczujacym? To jak to juz jest wreszcie. Ulegly czy ciekawy? 
Pogubilo sie juz zlo w tych wyliczeniach jest! 
My, Polacy, uwielbiamy myśleć o słynnej polskiej gościnności, serdeczności i skłonności do poświęceń – zdaje się, że dla naszej tożsamości są to pojęcia na tyle centralne, co Grunwald, odsiecz wiedeńska, Piłsudski na Kasztance, schabowy i zimna wódka. Jednak być może intuicja podpowiada ci czasem, że większość Polaków to samolubne buce, dla których cudze nieszczęście jest powodem jedynie do obleśnego rechotu. Cóż, wygląda na to, że możesz mieć rację – szeroko zakrojone badanie z Michigan State Universityprzeprowadzone na 63 nacjach wskazało, że potomkowie Lecha znajdują się wśród pięciu najmniej empatycznych narodów świata.
Naukowcy zebrali dane dotyczące reprezentatywnej grupy 104 365 dorosłych ludzi z 63 krajów (z pominięciem większości Afryki, Bliskiego Wschodu, części byłych Republik Radzieckich, Ameryki Południowej i wysp Pacyfiku – pełną mapę zobaczysz tutaj). Badanie zostało opisane jako najszersze i najbardziej obrazowe badanie empatii w historii. Samą empatię naukowcy zdefiniowali jako umiejętność współczucia innym, tendencję do wyobrażania sobie cudzego punktu widzenia, umiejętność tworzenia bliskich, stałych relacji z innymi oraz skłonność do działania kolektywnego (w opozycji do aktywności w pojedynkę).
Respondenci zostali poproszeni o odpowiedź na długą listę pytań opartą na standardowych psychologicznych testach. Naukowcom zależało niekoniecznie na stworzeniu „rankingu krajów", ale na zbadaniu, jak empatia i inne cechy łączą się z „prospołecznymi" zachowaniami, takimi jak wolontariat czy zaangażowanie w akcje charytatywne. Polska nie wypadła tu dobrze – podobnie jak inne kraje Europy Wschodniej. Najmniej empatycznym państwem świata okazała się Litwa, a 7 z listy 10 najmniej empatycznych krajów znajduje się w naszym regionie (w pierwszej piątce są jeszcze Bułgaria, Estonia i Wenezuela – to ostatnie nie dziwi, biorąc pod uwagę, że tamtejszy gubernator sugerował obywatelom, abyjedli smażone kamienie).
Zaskakiwać może wysoka nota słynnych z agresywnie kapitalistycznego systemu Stanów Zjednoczonych (7. najbardziej empatyczny naród) czy krajów takich Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Kuwejt, biorąc pod uwagę liczbę konfliktów w regionie (być może dlatego, że naukowcy nie określali, czy empatyczne zachowania mają dotyczyć członków własnej społeczności czy „obcych").
Naukowcy podkreślają, że ich dane należy traktować jako stopklatkę aktualnego obrazu „jak wygląda empatia w tej chwili" i że wyniki mogą diametralnie zmieniać się w krótkim czasie.
Oto lista najempatyczniejszych nacji, w razie gdybyście już pakowali walizki:

1. Ekwador
2. Arabia Saudyjska
3. Peru
4. Dania
5. Zjednoczone Emiraty Arabskie
6. Korea Południowa
7. USA
8. Tajwan
9. Costa Rica
10. Kuwejt

yo-pussy jogurt, ktory pokochasz



- Chcę zarobić tyle pieniędzy, ile tylko się da. Żartuję! Chcę rozśmieszać kobiety, sprawić, że będą się czuły dobrze w swojej skórze. Chcę dać im siłę do tego, żeby mówiły swoim własnym głosem i nie musiały za to przepraszać. I chcę mieć odrzutowiec. 
Tak mowi Wykolejona. Amy Schumer. Najzabawniejsza dziewczyna Ameryki.
Zakochalo sie zlo w Niej. Jest swieza, zabawna i jak ja nie lubie stand-up tak Amy wynagradza wszystko. Program Inside Amy Schumer na  Comedy Central sa po prostu dobre.
Parodie reklam, zlepki rozmow, smieszne sytuacje w korpo i rozmowy. Ale juz na bardzo powazne tematy. Amy Schumer okreslana jest jako maniaczka cipek.
Jedna z najlepszych parodii jest reklama jogurtu. Yo-Pussy. Widzimy trzy dziewczyny siedzace przy stole. Amy wyciaga swoj jogurt i mowi, ze po jego zjedzeniu, jej cipka nie ma wcale zapachu. Na dodatek siega do majtek i daje palce do oblizania przyjaciolce. Tamta zachwycona. W koncowce widzimy w lodowce zapas kublow 10 kilowych Yo-Pussy.


- Jesteś ładna, ale nieprzesadnie, mądra, ale nie jesteś mózgowcem. Lubię cię! - mówi Amy, bohaterce filmu "Wykolejona", jej szefowa grana przez Tildę Swinton.

W programach pojawiaja sie gwiazdy. Oprocz Tildy Swinton mamy i Liama Neesona. Prowadzi zaklad pogrzebowy i wypierdala tzn nie obsluguje cial tchorzy.
Amy to 35-latka. Urodzona w Nju Jorku. Inside Amy Schumer nazwano dramatem o upodleniu, rozczarowniu samym soba, i o odkrywaniu samego siebie.



Smiejemy sie z siebie. Amy obrzuca nas stekiem wulgaryzmow i ma racje. Kto lubi zdrowe spojrzenie na siebie Amy jest wskazana!
Schumer nie tylko pieprzy od kolesna. W kazdym programie rozmawia z dziewczynami. Niebanalnymi kobietami. Trenerka i doradczyni kupna broni. Siostra zakonna czy tez dziewczyne z zespolem Downa. Wszystko jest bardzo na serio. Lamie konwenanse i stereotypy. A dziewczynom proponuje vodke.
Polecam to video. To mecz Schumarenka vs. Everett.


Najlepsza i najslynniejsza Puszczykowianka Angelique Kerber zdobyla WTA. 
Jest numerem 1.
Isia Radwanska w grupie bialej WTA Masters jest nb 2.
Przepieknie rakiety!


Tuesday, 25 October 2016

mars, mars napada

Swiat plonie. Europa sie rozsypuje. Juz nic nie jest stale. Wladimir Putin wzmocniony sankcjami nalozonymi na Krym tylko umocnil swoja pozycje lidera. Kremli finansuje srodowiska i partie eurosceptyczne. Brexit jest sukcesem wszystkich populistow.
Rzady sa przeciwko sobie. Zaczyna sie polityka grobowa. Kobiety sa szczute. Obracaja sie przeciwko sobie. mezczyzni sa damskimi bokserami. marsze czarne splataja sie z bialymi.
Niech no pomysle. idac do genezy. Chrystus wielbil kobiety. Mial je na peczki. On zrobil rewolucje obyczajowa. Kobiety z Nim jadaly, bawily sie i pily. Kobiety nie opuscily Go pod krzyzem. Mezczyzni jak wiadomo uciekli. Obecnie mezczyzni bija niewiasty. To sie nie dzieje tylko w spoko koko kraju. Rzecz ta miejsce  i w Boliwi, hameryce tej wielkiej. Nie wspomne o Argentynie.
Polityka grobowa wymyka sie spod kontroli. Moze i narodzin. Kontrolowanych czy nie. Nazywaja  sie teraz samozwanczymi kowbojami!!!
Ci, kowboje sami sobie przecza. Raz razi ich Zdanie Kurwa mac. Z drugiej strony Polske nazywaja bastionem Europy. Bastion ten, godzi sie na deptanie praw kobiet. Zapraszaja i prowokuje feministki i lewackie skurw. Cytuje w oryginale epitety, ktore sa wypowiadane pod adresem kobiet. Mlodzi ludzie sa tak sfrustrowani, ze siegaja po orez jakis wyimaginowanych skrzydel husarii. Jakis nieprawd politycznych, spolecznych. Nie mowiac o poszanowaniu siebie. To jest mistrzostwo zla. Odwracanie kota ogonem. nazwanie zlem, to co dobre a tego co zle dobrem. Ta nacja sie wykonczy. Kazdy ustroj sie kiedys konczy. Nie chodzi tu o koniec historii ale nowy jej rozdzial. Prawdopodobnie wojny domowej.
Po Britexie coraz wiecej Szkotow czuje sie jak Polacy pod zaborem rosyjskim. Frustracja tylko rosla. Tak jak teraz. Populisci wymyslaja krete sciezki do rozpierdolenia ladu. Osoby Faradz, Kaczynski, Orban, Le Pen to demagodzy. Tchorze. Idioci, mali dyktatorzy, pragnacy mesjanizmu. 
Pekaja tacy ludzie jak Michal Nogas. Redaktor z radiowej 3. Zlo juz tylko ma 3 audycje. Lista 3, Odmety- lamety i Godzina prawdy. To jest tylko piatek. A gdzie reszta tygodnia? 16 lat pracy poszlo w pizdu. Trojka stala sie kukuryznikiem. Papuga systemu. radiem wyznaniowym i indoktrynacyjno- propagandowym. 3 nadawala kierunek zmian. Wprowadzono ludzi zwiazanych z Fronda!!!
Nie wiem jaki jest sens Openeera. jaki sen prowadzic liste przebojow trojki. 3 bedzie kiedys rozliczana z totalitarnego przeslania. Dziennikarze maja teraz nieznosna prace.
Nic to trzymajcie sie tam pozostali, redaktory

Monday, 24 October 2016

zimna brytania


Who wants the english in europe anyway. To okladka dzisiejszego Charlie Hebdo! 

Spod reki szkockiego rzadu padl projekt o drugim referendum w sprawie odlaczenia sie od Wielkiej Brytfanny. Pierwsze glosowanie padlo w 2014 roku. Nastepne. No wlasnie. Co mowi glowa. Oczywiscie, ze referendum nie przejdzie. Za,  mowi serce. Przeciez Szkoci byli przeciwko Britexowi. Wyszlo sie jako wspolnota a chce sie wrocic jako dwa panstewka. osobno. Gdzie stanowisko Walonii, Katalonii? Oni tez chca byc osobno. Gdzie handel ropa? Pojdzie do Rosji? Nie, raczej Rosja przyjdzie tu! 

Wielkie banki uciekaja z Wysp. Observer donosi. Obawy to relacje gospodarcze kraju z UE. Niepokoj zwiazany z brakiem planow dotyczacych zasad obrotu handlowego Wielkiej Brytfanny z Europa i swiadczenia uslug finansowych po wyjsciu kraju z UE. 
Ustawienie barier dla handlu i uslug finansowych sprawi, ze wszyscy gorzej na tym wyjdziemy. Alarmuja specjalisci.
Mysle, ze Bank of India i Bank of China sie ostaja. Czy NBP w Londku sie ostanie? Tego nie wie nikt!
A teraz macie, czarno na bialym co sie dzieje w Wakefield. Sennym przedmiesciu Leeds. Moze nie sennym, bo i ciocia tam darla ryja pomiedzy szeregowcami zagluszana przez patologie brytyjska.



Cold Britannia


Z perspektywy europejskiej Wielka Brytania wydawała się zawsze ojczyzną nieco specyficznych, ale pragmatycznych i otwartych ludzi. W tej chwili wielu Brytyjczyków nie rozumie już własnego kraju. Reportaż z podróży na obce wyspy.
Wygląda na to, że Europa przygotowała sobie historię o Wielkiej Brytanii, z której wynika, że Brytyjczycy się wygłupiają. Wciąż powtarza się, że rozsądny dotychczas naród w napadzie irracjonalności postanowił posłuchać populistycznych klaunów i odwrócić się plecami od Unii Europejskiej. Teraz można jedynie starać się zapobiec temu, by wirus ów nie przeskoczył przez kanał La Manche i nie zaraził całego kontynentu.
Najpierw, po finansowym krachu 2008 roku, wpadł on w najgłębszy kryzys gospodarczy od dziesiątków lat, potem, podczas szkockiego referendum przed dwoma laty, omal nie doszło do rozpadu. Parlament przez długi czas nie chciał wyrazić zgody na interwencję w Syrii, również podczas konfliktu ukraińskiego Wielka Brytania pozostała bierna.  Rząd wysyłał wprawdzie pieniądze syryjskim uchodźcom, ale jednocześnie umacniał brytyjskie granice. Wyglądało na to, że dawna światowa potęga wycofała się ze świata. Potem przyszedł Brexit.Z perspektywy europejskiej Królestwo Wielkiej Brytanii przez długi czas uważane było za dość specyficznego, ale pragmatycznego i otwartego sąsiada, którego interesuje raczej wolny rynek niż polityczne wizje. Za handlowy naród, który dzięki swojej kolonialnej przeszłości zna świat i eksportując swoje gwiazdy, od Beatlesów po Adele, kształtuje współczesną popkulturę. Cool Britannia. W ostatnich latach spojrzenie na ten kraj stało się jednak bardziej nieufne i sceptyczne.
Jeszcze przed referendum wybrałem się na Wyspy, by lepiej zrozumieć ten kraj i napisać książkę. Spędziłem pół roku w Brexit Country. Brytyjczycy stali się dla nas obcy, tym ważniejsze były więc pytania, co kieruje tym narodem, czy może dojść do katastrofy i co z tego wyniknie.
Po spotkaniach z właścicielami lombardów w Blackpool i bezrobotnymi górnikami w Wakefield prosta odpowiedź brzmi: wielu Brytyjczyków porusza to samo, co mieszkańców kontynentu, którzy są rozczarowani Europą, rozgniewani na elity, wściekli na polityków obiecujących dobrobyt, a potem obcinających emerytury i pomoc socjalną. Populistów spotkać można nie tylko na Wyspach Brytyjskich, tu jedynie są niestety lepiej zorganizowani.

Cztery miliony rozczarowanych

Skomplikowana odpowiedź jest taka, że w brytyjskim społeczeństwie tworzą się rozłamy, które są większe i bardziej radykalne niż gdziekolwiek indziej. W żadnym innym kraju Unii Europejskiej przepaść między bogatymi a biednymi nie jest tak wielka, jak tutaj, nigdzie nie ma tak wielu miliarderów i przegranych, żyjących tak blisko obok siebie. PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca Londynu wynosi 186 procent  średniej unijnej, a mimo to niektóre osiedla w tym mieście zaliczają się do najbiedniejszych w całym kraju. W regionach Walii żyją ludzie, którzy zarabiają mniej niż mieszkańcy Sycylii. Wiele społeczeństw jest podzielonych, Wielka Brytania nie była tu nigdy wyjątkiem. W tej chwili jednak owa przepaść wydaje się niemożliwa do przezwyciężenia. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że podczas kryzysu finansowego ucierpiała pewność siebie tego kraju, który określał się przez swój kwitnący handel, siłę ekonomiczną, wewnętrzną różnorodność i światowe wpływy.
Wielu Brytyjczyków nie czuje się już reprezentowanych przez parlament w Westminsterze i stają się cyniczni wobec londyńskich elit ze świata polityki, mediów i banków. W zeszłym roku cztery miliony wyborców zagłosowało na prawicowo-populistyczny UKIP, który ze względu na proporcjonalny system wyborczy, niekorzystny dla małych partii, zdobył tylko jeden mandat. Można uznać owe rozwiązanie za praktyczne, ale cztery miliony rozczarowanych to nie jest dobra reklama demokracji. Wielkie partie odczuły wstrząs.
Labourzyści i konserwatyści zajmowali zawsze pozycje wzdłuż linii podziałów społecznych – ci pierwsi byli partią robotników, drudzy ugrupowaniem przedsiębiorców. Referendum europejskie pokazało, że ta logika już nie obowiązuje. Partia Pracy rozpadła się na lewicowo-liberalną miejską klasę średnią, która głosowała przeciwko Brexitowi, i zmarginalizowaną klasę robotniczą, opowiadająca się za wyjściem z Unii Europejskiej. Torysi z kolei podzielili się na narodowo-patriotycznych przeciwników UE i przedsiębiorczych globalistów.
Społeczeństwo stało się bardziej złożone, ale system polityczny tego nie odzwierciedla. Klasa robotnicza, taka, jaka pojawia się w powieściach Karola Dickensa czy esejach  George’a Orwella, dawno zniknęła. Socjolodzy dzielą ją na "zamożnych robotników", "techniczną klasę średnią" i "pnących się w górę pracowników sektora usług". Huty stali, kopalnie i stocznie, które milionom rodzin zapewniały chleb i poczucie tożsamości, już nie istnieją. Więzi, jakie spajały "working class", są dziś słabsze.

Pozostawieni na lodzie

Anglia jeszcze całkiem niedawno była dudniącym i skrzypiącym warsztatem Europy. Węgiel odgrywał ważną rolę w tworzeniu się imperium i społeczeństwa przemysłowego. W latach osiemdziesiątych stał się on materiałem wybuchowym w konflikcie między górnikami a rządem Margaret Thatcher. Strajki, trwające miesiącami protesty, walka robotników z państwem – wszystko to głęboko wryło się w zbiorową świadomość.
Węgiel łączył i dzielił ten kraj. Kiedy górnictwo pomału zamierało, pojawił się ból fantomowy, odczuwalny do dziś. Krótko przed ubiegłorocznymi świętami Bożego Narodzenia zamknięto ostatnią kopalnię głębinową niedaleko Leeds. Pewien stary górnik, który 47 lat przepracował pod ziemią, opowiadał mi, że bardzo smuci go, iż tak wielu kolegów straciło pracę. Jeszcze bardziej jednak martwi go to, że ziemia kryje w sobie jeszcze tak wiele węgla, a jemu nie pozwolono dokończyć tej pracy.
Biała klasa robotnicza czuje się pozostawiona na lodzie. Starzy nie potrafią odnaleźć się w zglobalizowanej, wielokulturowej Brytanii, młodzi czują się oszukani co do własnej przyszłości. Po ciemnej stronie "sharing economy" powstają nowe formy wyzysku, umowy czasowe, marne posady kierowcy czy posłańca. "Dzisiaj praca nie daje już tego, co dawniej: poczucia tożsamości i wspólnoty oraz szacunku dla samego siebie" – stwierdza londyński pisarz John Lanchester.
Dominującym nastrojem od czasu kryzysu finansowego jest zdumienie, konsternacja, utrata orientacji. Zdaniem, jakie słyszałem najczęściej na Wyspach, było: "Coś poszło nie tak". Motto zwolenników Brexitu: "Take Back Control", odzyskać kontrolę,  było równie zręczne, co zakłamane.
Podczas swojej podróży zobaczyłem naród, który jest głodny wolności i niepewny, gdzie ją znaleźć. Wielka Brytania od dziesiątków lat mierzy się z przeszłością, zdanie wypowiedziane w 1962 roku przez byłego sekretarza stanu USA Deana Achesona: "Anglia straciła imperium i nie znalazła dla siebie nowej roli", jest aktualne do dzisiaj.

Bogaci rządzą

W kampanii przed referendum europejskim tragedia tak bardzo ocierała się o farsę, jak jest to możliwe jedynie w kraju Szekspira. Najbardziej osobliwą częścią owej inscenizacji było jednak to, jak bardzo jest ona przejrzysta. Rzadko kiedy wcześniej tak wielu ludzi mówiło tyle kłamstw, rzadko nieprawda pojawiała się tak jawnie. Tak, jakby to wszystko było ironią, mruganiem okiem, pozbawiona konkurencji grą wychowanków Eton.Starzy etończycy rządzą połową królestwa, kancelariami, bankami, ministerstwami, a ten, kto zastanawia się, dlaczego establishment postępuje tak egocentrycznie, wręcz bezwzględnie, nie może pominąć roli tego college’u w cieniu zamku Windsor. Premier Theresa May, córka pastora z południowoangielskiej prowincji, dystansuje się wprawdzie wobec owych uprzywilejowanych, nie oznacza to jednak, że ich wpływy maleją. Absolwentem Eton jest na przykład Boris Johnson, obecny minister spraw zagranicznych.
Brytyjską elitę od wiodących klas innych krajów odróżnia to, że ogólnie rzecz biorąc, ma zwykle spokój. Inaczej niż w Niemczech czy Francji, od stuleci nie było tu gwałtownego przewrotu, który wypędziłby klasę panującą z jej domów. Na Wyspach Brytyjskich cała elita do dziś rekrutuje się z niewielkiej liczby instytucji, takich jak Eton i uniwersytety w Oksfordzie i Cambridge.
Chociaż absolwenci szkół prywatnych stanowią jedynie siedem procent społeczeństwa, prawie jedna trzecia posłów do parlamentu, trzy czwarte kadry kierowniczej w wojsku i wymiarze sprawiedliwości, a także  ponad połowa wiodących dziennikarzy w tym kraju kształciła się w prywatnych placówkach. Ci, którzy nie należą do tego klubu, muszą się mozolnie przebijać. Wielu Brytyjczyków utwierdza to w poczuciu, że żyją w systemie ekonomicznym, a nie politycznym. Ten, kto wychował się w południowej Walii czy północno-zachodniej Anglii, postrzega Wielką Brytanię jako szarą, hiperkapitalistyczną oligarchię, w której karierę robią ludzie mający dużo pieniędzy lub znane nazwisko. Cold Britannia.
Demokracja funkcjonuje lepiej, gdy gospodarka się rozwija. Dlatego torysi próbują stać się nową partią robotniczą, która zaoferuje schronienie ludziom wykluczonym. Theresa May rozpoznała tę szansę. Partia Pracy pod rządami starego socjalisty Jeremy‘ego Corbyna leży w gruzach. May nie chce ryzykować pozycji konserwatystów jako jedynego zdolnego do rządzenia ugrupowania, zrażając do siebie ideologów Brexitu we własnych szeregach.

Zupełnie inny kraj

Jest drugą po Margaret Thatcher kobietą na Downing Street. Z poprzedniczką łączy ją wysoka dyscyplina pracy, granicząca wręcz z eksploatowaniem samej siebie. Więcej podobieństw między nimi nie ma. Na zjeździe Partii Konserwatywnej May chwaliła państwo, które musi stworzyć to, czego nie mogą dać ludziom pojedyncze osoby i rynki, mówiła o prawach pracowniczych i zapowiedziała  twardą politykę wobec firm i koncernów, które unikają płacenia podatków.
Dla wielu jej kolegów partyjnych, którzy chętnie zredukowaliby rolę państwa do funkcji obronnej i usuwania śmieci, taka interwencjonistyczna retoryka jest bezczelnością. May reprezentuje twardą linię wobec Unii Europejskiej i uchodźców. To ona będzie prawdopodobnie negocjować brytyjsko-europejskie porozumienie o wolnym handlu. Potrwa to całe lata, być może dekadę, a po tym Wielka Brytanie będzie już zupełnie innym krajem.

chinskie kasztanki




Saddam Husain mial na Manhattanie tajna sale tortur. Takie rewelacje podaje New York Post. Gdy skatowano wieznia, czesci jego ciala posylano poczta dyplomatyczna. Piwnica wraz z aneksem kuchennym sluzyla Mukhabaratowi (tajna Policja) za kaznie. Wszystko to dzialo sie w opodal Central Parku. W wynajmowanej kamienicy, wieziono Irakijczykow, ktorzy szukali schronienia w USA. Chciano ich zmusic do powrotu. Tortury, wbijanie gwozdzi pod paznokcie, bicie, duszenie. Gdy Saddam Husain upadl, FBI przeprowadzili nalot na tajne wiezienie. Od 1979 roku nikt nic nie wiedzial? Placowka dyplomatyczna ma wlascicieli? Oni tez nie wiedzieli. Panstwo nie wiedzialo. Sluzby tez. No sekrecik taki!
Taki sekret rozmawaiajac z obywatelami Chin. na pytanie kiedy bedzie demokracja odpowiadaja. A kiedy u was bedzie demokracja? Takie pytanie na pytanie.
Panstwo Srodka zalewa swiat. Owszem panstwo dwoch skrajnosci. Dobra ale czy wolnosc tam ma wymiar cybernetyki?
Xianliang to zastępca dyrektora Administracji Cyberprzestrzeni – urzędu, który zarządza internetem Państwa Środka. „Polityka otwartości” oraz „chińskie przepisy”, na które powołuje się dyrektor, to nic innego jak ścisły aparat cenzury, uniemożliwiający internautom poszukiwanie i publikowanie materiałów, krytycznych wobec Partii Komunistycznej. Dzięki połączeniu algorytmów oraz bezpośredniej inwigilacji, firmy internetowe – działające w Państwie Środka – współpracują z rządem na wielu płaszczyznach. Cenzorują konkretne słowa kluczowe, ograniczają i moderują dyskusje na forach, sprawdzają treść publikowanych materiałów, ale też udostępniają – na życzenie władz – prywatne dane użytkowników. Jakby tego było mało kraj jest oddzielony od reszty świata niewidocznym dla oka, ale bardziej uciążliwym Wielkim Chińskim Firewallem. Nic, na co nie wyrażą zgody urzędnicy z Administracji Cyberprzestrzeni, nie przeniknie do szukających informacji internautów.
Facebook został zablokowany w Chinach w 2009 roku, Google rok później. Obie firmy nie zgodziły się na łamanie własnych standardów i oddanie danych użytkowników przedstawicielom władz na talerzu. Na nic się też nie zdało straszenie przez zagraniczne koncerny, że ich wyjście zuboży życie lokalnych internautów. Chińczycy mają QQ, WeChat, Weibo czy Baidu i doskonale się obywają bez zachodnich mediów społecznościowych.
Jednak czasy się zmieniają, jak śpiewa tegoroczny noblista. Rynek chiński – co oczywiste – jest wielki, a liczeni w miliardach użytkownicy najpopularniejszych aplikacji działają na wyobraźnię prezesów międzynarodowych koncernów.
Zaczyna się od drobnych kroków. Facebook otworzył biuro w Pekinie, które Mark Zuckerberg odwiedził osobiście, roztaczając czar, mający złamać serca chińskim cenzorom. Z kolei pogłoski na temat Google’a sugerują, że planuje uruchomienie sklepu z aplikacjami. Jednak – jak wynika z cytowanej powyżej wypowiedzi zastępcy dyrektora – ich działanie musiałoby uwzględniać cenzurowanie treści oraz udostępnianie danych na temat osób uznanych za zagrożenie. Co przeważy? Stanie przy własnych pryncypiach czy przymknięcie oka na niewielkie niedogodności w zamian za dostęp do miliarda potencjalnych klientów?
Być może jakąś podpowiedzią – dla tych, którzy sądzą, że powyższe pytanie jest dylematem – będzie postawa Apple’a. Korporacja z Cupertino w kwietniu tego roku zamknęła dla chińskich konsumentów usługi iBook oraz iTunes. Tim Cook wie, że władzom z Pekinu nie podoba się uzależnienie od zagranicznych technologii i nie cieszy ich – w odróżnieniu od akcjonariuszy Apple’a – rosnąca sprzedaż iPhone’ów.
Jednak prezes Nadgryzionego Jabłka wie jak się wkupić w łaski Partii, a jednocześnie poprawić przychody z trzeciego największego rynku. Tydzień temu ogłoszono, że firma otworzy w przyszłym roku centrum badań i rozwoju w mieście Shenzhen, określanym jako Chińska Dolina Krzemowa. Na miejscu znajdują się fabryki i biura projektowe największych chińskich producentów (Huawei) czy firm internetowych (Tencent). Lokalne pogłoski mówią, że Apple wyłoży prawdopodobnie około 45 milionów dolarów i zatrudni około 500 inżynierów dla swojego drugiego już – oprócz zlokalizowanego w Pekinie – działu B&R w Państwie Środka.
Tak więc można się krygować – jak Facebook i Google, a można też odważnie wejść na rynek, sypnąć inwestycjami i zapewnić sobie przychylność czynnika politycznego. Wprawdzie konsumenci będą nieco inwigilowani, ale wyniki sprzedaży uciszą głos sumienia. A, że po jakimś czasie z pudełek produktów z jabłuszkiem zniknie niepokojąca dwoistość: zaprojektowane w Kalifornii, wyprodukowane w Chinach? Trudno, czasami trzeba ciąć koszty.

przez sen to gorzkie wyznanie


Natalia Przybysz wydala bardzo osobista piosenke. Nie bylo by tu przyczyny do tego, ze to cholernie trudna melodia. Jeszcze bardziej gorzkie slowa. Nie mowiac o uczuciach towarzyszacych utworowi Przez sen.
Natalia Przybysz okazala sie jedyna, ktora szczerze mowi jak jest. Podzielila sie ze swiatem swoja tajemnica. Przybysz poddala sie zabiegowi aborcji.
Nie ona jedna i nie ostatnia. To nie grypa. Przelezysz i wyjdzie. To nie katarek. Posmarkasz. Nazresz sie czochu, zapijesz cieplym piwem. Nawachasz sie olejkow i w pizdu przejdzie. Przybysz jako jedyna z jajami opowiedziala swoja historie. Usunela zarodek i zyje. Mogla zrobic to w swoim szpitalu w Polsce. Nie musiala sie pierd. przez cala Polske az na Slowacje, by tam dokonac zabiegu. Poczula ulge. A co miala czuc. Nie stac ja na dziecko. Nie jest gotowa. Ani jej partner. Watpie, zeby Natalia pieprzyla sie po katach jak kotka w rui. Po prostu zdarzylo sie i tyle. Wpadla jak miliony innych kobiet. Dziecka nie chciala. I na chuj tu drzec szaty. Gdy podjela decyzje o usunieciu ciazy, najpierw trafila do lekarza w Polsce. Doktor powiedzial, ze nie dokona aborcji, ale polecil tabletki na wrzody, ktore prawdopodobnie doprowadza do poronienia. lekarstwo nie przynioslo skutku.
 Sam se kurwa lekarzu wez srodki na wrzody, jak masz takie posrane pomysly!


Jak wygląda zabieg? Jak czuje się dziewczyna w takiej klinice?
"Jest czysto, miło, ciepło. (...) Kładzie się do łóżka. Przychodzi anestezjolog, ona podaje rękę, zasypia. Po pięciu minutach budzi się na sali, pod kołdrą, jej chłopak jest koło niej. Wszystko trwało pięć minut. Pięć minut. I nagle przychodzi taki wielki oddech. Największy wydech świata.
Czuje ulgę?
No, ta dziewczyna... To znaczy ja. Czuję wielką ulgę. Nagle cieszysz się wszystkim w swoim życiu, tym, co masz. (...) Pięć minut - i masz z powrotem swoje życie" – opowiada Przybysz.
Dlaczego piosenkarka zdecydowała się na tak intymne wyznanie?
"Nie chcę się z tego tłumaczyć, ale chcę o tym opowiedzieć, bo nikt o tym nie mówi. I ta samotność jest straszna. Czułam się, jakbym była jedyną kobietą w Polsce, która kiedykolwiek to zrobiła" – powiedziała Przybysz na łamach "Wysokich Obcasów".
Wokalistka nie wyklucza, że kiedyś będzie miała więcej dzieci. Jednak na razie nie jest na to gotowa.