Friday, 21 October 2016

mozg sie zadlawil?

Beata Pawlikowska popelnila ksiazke pt. Wyszlam z niemocy i depresji. Ty tez mozesz. Lektura jest w formie poradnika. Podrozniczka porownuje depresje do programu komputerowego. Komputer zadlawil sie falszywymi danymi, to co robisz? Czy stukasz w ten komputer mlotkiem? Podpinasz nowy ekran i zmieniasz myszke? Moze ladujesz nowy program? Czytamy we wstepie. Dalej, sledzimy zdanie, ze trwale mozna wyleczyc depresje. Jak tego dokonac. Tego juz we wstepie nie ma. 
Za to, ze Beata Pawlikowska porownala mozg do PC, musi sie tlumaczyc! Najlepiej, zeby ksiazke przeczytac. Zrozumiec, ze internet to plotka i powierzchniowe informacje. Radzi pisarka. 
Pani Beato a czy mozna wyjsc z glupoty? 

Marta Głowacka z Laboratorium Psychoedukacji tonuje negatywne nastroje, przypominając jednak, czym jest ta choroba. 

– Mamy wolność słowa, każdy może pisać i wydawać, co chce – mówi. – Jeśli jednak dorośli ludzie wierzą, że jedna publikacja pozwoli im wyjść z depresji, to są po prostu nieodpowiedzialni. Depresja to choroba, która ma wiele objawów, przyczyn, a także form przebiegu. Część z nich leczy się farmakologicznie, część terapeutycznie, korzysta się również z obu form. Teraz ludzie diagnozują się przez internet i jeśli widzą, że występują u nich jakieś objawy, powinni udać się do specjalisty, który dokładnie zdiagnozuje, co się dzieje. Depresja to choroba, którą leczy się według standardówmedycznych. S

Niestety, hasło „idź pobiegaj, to ci minie” nie jest uniwersalnym lekiem. Głowacka podkreśla że owszem, wysiłek podwyższa poziom serotoniny (hormonu szczęścia), ale osoba, która cierpi na depresję ma jej tak krytycznie niski poziom, że nie podniesie się go w ten sposób na stabilny, prawidłowy poziom. 

Tadeusz Reimus, psychoterapeuta z Centrum Dobrej Terapii tłumaczy w  że taka pozycja literacka nie ma wartościklinicznej, jeśli autor jest pacjentem, a nie lekarzem. 

– Książka owszem, może być ciekawa jako zapis walki jednej osoby z chorobą. Ale nie wolno traktować jej jako poradnika, bo nie posiada perspektywy klinicznej – stwierdza. - Mało tego, może mieć szkodliwy wpływ. Terapia niestety jest zazwyczaj ostatnim wyborem dla ludzi chorujących na depresję. Kiedy niektórzy z nich widzą książkę celebrytki, która stworzyła „unikalną” metodę, będą chcieli z niej skorzystać. A kiedy zobaczą, że nie przynosi efektów, wpadną w większa frustrację, co tylko może pogłębić ich problemy. Podkreślam, że taka literatura powinna być rozpatrywana jako beletrystyka, a nie kliniczna terapia – dodaje.
http://innpoland.pl/130485,depresja-to-tymczasowa-awaria-czyli-jak-beata-pawlikowska-robi-polakom-wode-z-mozgu

posciel w znaczki szczescia

Chcesz posciel w fajne znaczki? Moze wybory dzieki Adolfowi wygrasz? Jedz do Indii. Tam Hitler czyni cuda. Kontrowersyjny pomysl. No skad? To szczescie sie nazywa.
Swastyka to przeciez dewanagari, svastika. Znak w ksztalcie rownoramiennego krzyza, o ramionach zagietych pod katem prostym. Nazwa pochodzi od sanskrytu i oznacza przynoszacy szczescie. Svasti - powodzenie, su - dobry i asti- jest. W Europie kojarzy sie zle, w Azji maszyny napierdalaja znaczek na czym sie da. Dajac pieniadze. Ten, jak wiadomo nie smierdzi.
 Sklepy, kafejki, szyldy. No jak, nie, jak tak.
Hitler, to bylo przezwisko mojego dziadka. Tak, tlumacza sie przedsiebiorcy. Za zakazanie pomyslu na sklep, domagaja sie zadoscuczynienia. Za poniesione straty! Hitler jest obecny. Ludzie, cos  tam slyszeli..ale dobrego.  Wszak Adolf Hitler to bohater. Wstrzymal inwazje Brytyjczykow w Indiach!
I to prawda i to ....tez. A gdyby tak brac przyklad i zabijac za przykladem wodza! To przyklad nastepnego azjatyckiego idioty.


Duterte i Holocaust: symbole nazistowskie w Azji

Filipiński prezydent Rodrigo Duterte porównał swoją walkę z narkomanami i dealerami do Holocaustu. Jego słowa oburzyły, ale nie wszystkich.


„Hitler zabił trzy miliony Żydów. My mamy trzy miliony narkomanów. Byłbym szczęśliwy, gdyby udało mi się ich zabić” – powiedział prezydent Filipin Rodrigo Duterte podczas konferencji prasowej (30.09.2016) w Manilii. Zareagował w ten sposób także na rosnącą krytykę ze strony USA, Unii Europejskiej i organizacji obrony praw człowieka, które z niepokojem obserwują jego metody walki z narkomanią. We wrześniu posłowie do Parlamentu Europejskiego zażądali „końca fali pozasądowych egzekucji i morderstw”.
Na Duterte nie robi to jednak wrażenia. Od kiedy pod koniec czerwca br. objął urząd prezydenta, realizuje rygorystyczny kurs wobec narkomanów i dealerów. Szacuje się, że od tego czasu życie straciło co najmniej 2-3 tys. osób.
Zbyt mało – uważa prezydent Filipin. Choć jego wypowiedź dotycząca zamordowanych Żydów jest błędna. Holocaust pochłonął bowiem nie trzy, ale około sześciu milionów ofiar.


Oburzenie w Niemczech
Słowa filipińskiego prezydenta wywołały oburzenie. – Duterte powinien przeprosić ofiary Holocaustu za swoje odrażające słowa – powiedział rabin Abraham Cooper z Centrum im. Simona Wiesenthala w Los Angeles.
Również w Niemczech wypowiedź Duterte spotkała się z ostrą krytyką. – Każde porównanie z jedynymi w swoim rodzaju zbrodniami Szoa i Holocaustu jest niestosowne – powiedział rzecznik niemieckiego MSZ Martin Schäfer. Podobnie uważa Thomas Gambke, przewodniczący grupy parlamentarnej ds. krajów ASEAN, grupy obejmującej m.in. Filipiny. – Jakiekolwiek porównanie Holocaustu do aktualnych wydarzeń jest zakazane w imię szacunku dla ofiar tych zbrodni – powiedział Gambke.
Hitler pozytywnie
Co jakiś czas mają miejsce w Azji skandale z użyciem nazistowskich symboli. Wielu Azjatów nie rozumie jednak, dlaczego Amerykanie i Europejczycy reagują na to z oburzeniem. Przed trzema laty wybuchł skandal z kawiarnią w indonezyjskim mieście Bandung. Jej ściany zdobiły plakaty Waffen-SS, portety Hiltlera, a zamówić można było m.in. „Nazi Goreng". Kawiarnię zamknięto dopiero po protestach niemieckiej i izraelskiej ambasady, organizacji żydowskich i po tym, jak o kawiarni poinformowały anglojęzyczne media w Indonezji.


Podobnie było w Korei Południowej z barami noszącymi nazwy „Fifth Reich” czy „Hitler Techno Bar and Cocktail Show”. W Tajlandii absolwenci elitarnego uniwersytetu w Bangkoku fotografowali się z hitlerowskim pozdrowieniem na tle zdjęcia z wodzem III Rzeszy. Jego sylwetka widniała obok innych bohaterów, typu Captain America czy Batman, na ścianie slużącej jako tło. W Tajlandii ciągle można kupić t-shirty z podobizną Hitlera.
W Indiach slogany reklamowe z cytatami Hitlera, wizerunkiem nazistowskiego godła i swastyki nie są niczym odosobnionym. W kraju tym ciągle nadal drukuje się i czyta „Mein Kampf”. – Konfrontacja z narodowym socjalizmem w Indiach rozpoczęła się już w latach 30. poprzedniego stulecia. Cechowało ją selektywne postrzeganie hitlerowskiego reżimu i niewystarczająca rozprawa z jego ideologią – mówi historyk Maria Framke, która od wielu lat zajmuje się postrzeganiem nazizmu w Indiach. Do dziś niewiele się zmieniło. Tak więc miliony pomordowanych Żydów europejskich odgrywają dzisiaj w ocenie tamtejszych nazistów niewielką rolę. Wręcz przeciwnie, wielu Hindusów widzi w osobowości Hitlera cechy pozytywne – wyjaśnia Framke.
Niewielka wiedza na temat Holocaustu
Podobnie jest w innych krajach azjatyckich. Mało kto w Indonezji może sobie wyobrazić coś pod pojęciem Holocaustu – uważa historyk Asvi Warman Adam z indonezyjskiej Akademii Nauk. W szkołach nie mówi się o Holocauście. – Nie słychać krytyki nazistów i faszyzmu, a „Mein Kampf” jest często wyprzedana – dodaje.
Również uczniowie w Tajlandii niewiele się uczą o II wojnie światowej i Holocauście. Wtedy ówczesne Królestwo Syjamu było sprzymierzeńcem Japonii, sojusznika hitlerowskich Niemiec. Może stąd to przemilczenie fragmentu historii – zastanawia się politolog Thitinan Pongsudhirak z Uniwersytetu Chulalongkorn.
Poparcie z Chin
Mimo krytycznych reakcji na porównanie siebie do Hitlera, filipiński prezydent otrzymał także poparcie z zagranicy za swoją bezkompromisową politykę antynarkotyką. Słowa uznania nadeszły z Chin. Rzecznik chińskiego MSZ Geng Shuang ocenił walkę z narkotykami jako wspólną troską wszystkich krajów świata. – Narkotyki są wrogiem ludzkości. Chiński rząd walczy z nimi z żelazną wolą i jasną polityką, osiągając przy tym widoczne sukcesy – powiedział rzecznik.
Stąd też, jako jedna z największych potęg w walce z narkotykami, Chiny popierają działania na Filipinach. – Chiny rozumieją nową politykę rządu kierowanego przez prezydenta Duterte mającą na celu zwalczenie narkotyków. Nasz kraj chce współpracować w tym zakresie z Filipinami i omówić wspólne plany działania – oświadczył rzecznik chińskiego MSZ.
Esther Felden, Thomas Kohlmann / Katarzyna Domagała

Thursday, 20 October 2016

Znicze, misie, koszulki Legii

– Niech pani zapamięta, ludzie stąd nie wracają – rzuca mi na odchodnym.
Powiedzial pewien Polak, wychodzacy z  polskiego zakladu pogrzebowego. Mezczyzna, okazal sie przedsiebiorca, organizujacym przewoz ciala samobojcy. Skadinad swojego pracownika.
Do Polski wroce, mowi recepcjonistka. Pracujaca w zakladzie pogrzebowym
– Podrzucę panią do stacji – zaczepia mnie Monika, urocza sekretarka zakładu pogrzebowego. – Ja tu u pana Jacka tylko biuro prowadzę, te trumny na zapleczu, ta lodówka i kaplica nie są w mojej gestii. Nie mam takiej odporności. To głównie ludzie młodzi, samobójcy, którym się tutaj życie nie ułożyło

Owszem widziec wiecznie samobojcow, kazdy mial by odruch -.uciekac)))


Obnizenie emigracji i wprowadzenie wiz.
 A zlo mialo racje. Oprocz - nas bijo!
Zlo ma zawsze racje. Radio TOK FM wyslala Dionisa Sturisa do Leeds. Dionis dobrze mowi. Zlo zna, Gorzkie pomarancze i Wyspe Man. Dionis, zaszedl do fryzjerek i sprzedawcow. Polskie fryzjerki la paszionist i polski sprzedawca, ktory zemdlal, po ataku na tle ksenofobicznym.
Ofiarom stawia sie pomniki w Harlow.  Policja prosi i uczula na ataki ksenofobiczne. Bijo. Moze tak juz jest. Stophate walczy tez. Brexit i szpilasta Terecha wypuscila demony z glow, uspione od lat 80 tych ubieglego wieku. Hejt na Wyspach, to reportaz Duzego Formatu, Gazety wybiorczej. Zaczyna sie dziac. Powiem krotko.


Hejt na Wyspach - reportaż Dionisa Sturisahttp://audycje.tokfm.pl/

 Drugi tekst i reportaz Polskie imperium na Wyspach.
Jest pomysl danie cioci...amnestiii. Nie pamietam tylko, kiedy ja siedzialam w ciupie?
Zaczyna sie wycofywac nazwe Polonii, bo Polonia to tamta, wojenna. Tamta dala kulture, ciocia dala dupy? Zdaniem starej emigracji tak jest. 
Zaczelam sie zastanawiac, kim juz jestem? Takie ni pies, ni wydra?

Polonia po Brexicie

Polskie imperium na Wyspach

Od referendum w sprawie Brexitu minęły trzy miesiące. Pomimo ataków i antyemigranckich fobii Polacy nie wybierają się do domu.
Kama Veymont
Równe rzędy niskich domów z czerwonej cegły, poprzetykane zielenią i posłusznie zlepione w niekończące się szeregi identycznych skwerów, placyków i ulic. W jednym z takich domów mieszka moja rodzina wywodząca się ze starej, powojennej emigracji, a więc z czasów, kiedy dom na Actonie można było kupić za kilka tysięcy funtów. Z wąskiego holu strome schody prowadzą na sypialne pięterko, idąc na przestrzał, trafiamy do maleńkiego ogródka odgrodzonego od sąsiadów dwumetrowym płotem. Zza płotu rozbrzmiewa głośna muzyka. Irlandzcy sąsiedzi jak co piątek urządzają hucznego grilla, a dym wdziera się do okolicznych, identycznych living roomów. – Skończą pewnie o 22 – deklaruje mój 93-letni wuj bez wielkiego przekonania.
– Nie myślałeś nigdy o powrocie do Polski? – pytam, obserwując, jak rozmasowuje bolące nogi po kolejnym marszu na pięterko. Na etażerce piętrzy się stos polskich gazet, wiem też, że co roku jeździ do Grudziądza, by brać udział w święcie tamtejszego pułku ułanów. Jego ojciec był jednym z nich. – Tu jednak jest kultura, a w Polsce... Czyste chamstwo. Gdy na wakacjach stanęliśmy w złym miejscu, od przejeżdżających kierowców nauczyłem się więcej polskich przekleństw niż przez całe życie. Na Polskę nie mam już siły.
Poszukiwanie rodaków na Actonie nie wymaga pomocy Sherlocka Holmesa. 300 metrów na prawo od brytyjskiego supermarketu Morrisona dzielnie trzymają się Delikatesy Mleczko. Kawałek dalej widzę Orła i Stokrotkę. Nad hinduskim warzywniakiem powiewa dość nieoczekiwanie baner Sami Swoi, a w głębi ulicy reklamuje się polski salon fryzjerski. Tam też kieruję pierwsze kroki. Na wprost od wejścia Marcin (półtora roku w Anglii), strzygąc zaprzyjaźnionego klienta, mówi: Niektórym tu wystarcza jakiekolwiek hasło, żeby się dać sprowokować. Nie wiesz, co takiemu głupkowi do głowy strzeli – i zaczynają bić. Ale w Polsce też wystarczy słowo, żeby doszło do mordobicia. Zresztą w Polsce prędzej w łeb dostaniesz niż w Londynie. No, chyba że chodzi o sobotę w Belvederze (pub na Actonie – przyp. autorki). Wtedy jest konkretnie: karetki, policja, walka z ochroną, standardowo.
– Do mnie przyszedł kiedyś sąsiad Anglik i się skarżył, że Polacy się biją. „Dżizas, piją i biją się, stoły latają, krzesła”. Więc mówi ten Anglik: „Zadzwonię na policję”. No i pierwszy raz w życiu widziałem, jak helikopter nad dom nadleciał i halogenem walił, policja skakała przez płot, jak w amerykańskim filmie. A ci jak raz przestali się bić i pili zgodnie dalej. Więc policja tylko sprawdziła, czy wszyscy żywi, i odjechała – wspomina Grzegorz, klient salonu.
Pytam Marcina o Brexit. – Na razie nic się nie dzieje, wszyscy pracują jak pracowali, cisza w temacie. Najważniejsze, że tu się można utrzymać z jednej pracy: opłacić pokój, wakacje, jakieś ekstra. Nie trzeba kombinować. Jak chcesz oszczędzić, to żyjesz w kilku w jednym pokoju i odkładasz. A jak chcesz żyć normalnie, to też możesz. Jeśli Angole powiedzą mi „do widzenia”, to kłopotu nie ma. W pięć godzin pakuję plecak i jadę do innego kraju, choćby do Danii. Jesteśmy w Europie, tak? Nie tak jak ci, co eurotunel w Calais oblegają. Masakra.
Także świeżo ostrzyżony Grzegorz w Brexicie nie widzi problemu: posiedzi tu jeszcze rok, góra dwa, na budowlance – i wraca. Tymczasem pięć lat już zleciało. Rozłąka z rodziną boli, ale coś za coś: w Polsce na dom by nie zarobił.
Jola, śliczna fryzjerka strzygąca małego chłopca przy sąsiednim stanowisku, włącza się do rozmowy. – Jestem tu już cztery lata, brakuje mi roku do rezydentury. I co ja zrobię? Mam w Polsce rodziców i sześcioro młodszego rodzeństwa. Nigdy nie mieliśmy swoich pokojów, swojego miejsca. To jak ja im się teraz na głowę zwalę? Raczej wyjadę gdzie indziej, może do Norwegii. Szkoda, bo od zera trzeba będzie zaczynać. Tu na początku też nie było łatwo, ale po roku w college’u i różnych kursach zarabiam naprawdę przyzwoite pieniądze. Po opłaceniu mieszkania i życia jestem w stanie odłożyć tysiąc funtów miesięcznie. I jeszcze wysłać ciuchy młodszym siostrom. Wiadomo, z Londynu! A w Polsce to te pięć tysięcy złotych nawet przez rok odłożyć byłoby trudno? – patrzy na mnie pytająco.
Krzysztofa poznaję w kolejce do mycia głowy. Pracował wcześniej w dużej finansowej korporacji. Mówi, że pierwsze skutki Brexitu już widać na Canary Wharf (biurowy kompleks rywalizujący z City o miano centrum finansowego Londynu). Duże instytucje finansowe przenoszą swoje siedziby do innych państw, np. do Dublina. Kiedy wychodzę, Krzysztof macha do mnie: chce dodać coś ważnego. – Załatwiam sobie brytyjski paszport i polecam ten ruch każdemu, zwłaszcza tym, którzy chcą zachować kontakty z Polską. Dwa kraje, dwa paszporty, podwójne bezpieczeństwo.

Ealing Broadway, Londyn Zachodni

Do aplikacji City Mapper wystarczy wpisać: Żyliński, White House, by uzyskać precyzyjne wskazówki, jak dotrzeć do rezydencji jednego z najbardziej rozpoznawalnych Polaków na mapie emigracyjnego Londynu. Kandydat w ostatnich wyborach na burmistrza Londynu; człowiek, który wyzwał na pojedynek szablą Nigela Farrage’a, gdy ten obciążył Polaków odpowiedzialnością za lokalne korki; sponsor wielu polonijnych przedsięwzięć; fundator pomnika złotego ułana w Kałuszynie. Secesyjnego pałacu nie widać z ulicy, jednak tuż za bramą wznosi się Łuk Triumfalny zapowiadający, co może nas czekać w środku. I rzeczywiście: ukończona w 2009 r. budowla nie wzbudziłaby żadnych podejrzeń, gdyby ktoś postawił ją w warszawskich Łazienkach.
– Nie znajdzie tu pani ani jednego angielskiego przedmiotu, ani jednego mebla. Tu jest Polska! Polska wyspa na angielskim morzu – mówi właściciel pałacu, który właśnie wrócił z fitnessu. – Czy będzie pani przeszkadzało, jeśli zdejmę buty? Na bosaka jestem w stanie chodzić dziesięć godzin, w butach męczę się po kwadransie. Zostało mi to z hipisowskich czasów, kiedy po Londynie jeździłem metrem i chodziłem tylko boso.
Korzystam z okazji i proszę, by zademonstrował kilka tanecznych pas. Słyszałam o jego miłości do baletu. Żyliński sumiennie pokazuje układ à la Jezioro Łabędzie. Widać, że kolana starszego pana są jeszcze w młodzieńczej formie. Po tym wstępie możemy już pogadać o Brexicie. – Wywodzę się ze starej Polonii – pan Jan dla równowagi zdrowotnej zapala papierosa. – Mój ojciec był prawnikiem generała Andersa, jako nastolatek podkochiwałem się w jego córce. Jednak stara Polonia nic dziś nie robi, nie idzie w media, nie idzie w politykę. A ja trzymam z młodymi, więc mój stosunek do Anglików jest inny niż starej Polonii. Jej stosunek opiera się na wdzięczności. Za to, że Churchill nas przygarnął po wojnie, ocalił od komunizmu. Ja natomiast uważam, że to Brytyjczycy powinni być nam wdzięczni. Nie tylko za to, że obroniliśmy ich kraj w czasie wojny, ale przede wszystkim za to, że teraz ratujemy go naszą pracą.
– Czy nasza praca na zmywaku jest rzeczywiście ratunkiem dla Wielkiej Brytanii? – pytam prowokacyjnie, ściągając na siebie ułańską szarżę gospodarza. – Proszę nie wierzyć, że Polacy pracują tu tylko na zmywaku. Albo że siedzą na zasiłkach. To propaganda! Polacy są tu prawnikami, lekarzami, biznesmenami, a niedługo doczekamy się pierwszego polskiego miliardera na Wyspach. Dam konkretne przykłady. Polak, prawnik, przyjechał siedem lat temu, dziś ma tu trzy kancelarie: w Londynie, Manchesterze i Birmingham, zatrudnia setkę innych prawników. Dalej, hurtownik: obsługuje wszystkie polskie sklepy na Wyspach. Po odliczeniu wszystkich kosztów i podatków wyciąga na czysto pół miliona funtów tygodniowo. Trzy miliony złotych. Tygodniowo! A to dopiero początek. Właśnie się dowiedziałem z dobrze poinformowanego źródła, że polską firmę zaproszono do świadczenia zaawansowanych usług dla rodziny królewskiej. Nie mogę zdradzać szczegółów, bo to tajemnica, ale nasi ludzie penetrują już nawet pałac Buckingham.
Czy Brexit tego wszystkiego nie popsuje? Patrzy na mnie z politowaniem. – Anglia nie podryfuje nagle gdzieś w okolice Nowego Jorku. Proszę mi wierzyć, zostanie na odległość kanału La Manche od Europy. Brytyjczycy potrzebują świeżej imigranckiej krwi dla podtrzymania obiegu swojej gospodarki. A my ich kładziemy. W czasie wojny byliśmy od nich lepsi, teraz też jesteśmy. Tu się buduje polskie mocarstwo na Wyspach!

Westminster, centrum Londynu

– Wstaję rano, zapalam papieroska, piję piwko lub dwa, jadę na Camden, na misję darmową z kolegami Polakami się spotkać. Tam jakaś kawa, herbatka, piwko i tak dalej… Potem obiad, no i tak powoli dzień zleci.
– A zimą?
– Tak samo. Zresztą jaka tu zima, jak tu zim nie ma?
Z Andrzejem, podopiecznym charytatywnej organizacji St Mungo, opiekującej się bezdomnymi, gwarzymy sobie na podwórku głównej siedziby stowarzyszenia, w samym centrum Londynu. Mimo że policja goni bezdomnych ze śródmieścia, w okolicy łatwo się na nich natknąć, drzemiących spokojnie w śpiworach w sąsiedztwie Katedry Westminsterskiej.
Andrzej jest podopiecznym St Mungo od kilku lat. – Za komuny żyło mi się dobrze – sprawdza przezornie, czy wystarczy mu papierosów do końca opowieści – handlowałem złotem, dolarami. Jak komuna upadła, to wszystko upadło. Wyjechałem do Szwecji, a w 2006 r. trafiłem do Londynu. Przez pół roku pracowałem, a jak praca się skończyła, to wylądowałem na ulicy. Tak jak stałem: w klapkach i podkoszulku. Nie wiedziałem, co robić. Potem spotkałem innych Polaków i oni mnie pokierowali: gdzie są darmówki, znaczy się darmowe jedzenie, gdzie się można ogolić, oprać. Spałem po autobusach, parkach, różnych miejscach... Weronika (polska pracownica St Mungo – przyp. autorki) to taka moja dobra duszka. Bez niej nic bym nie załatwił, bo ja słaby z językiem angielskim jestem. No ale jak się miałem nauczyć, jak stale z Polakami przebywam? Dzięki Weronice mieszkam już pięć lat na hostelu, za kilka miesięcy dadzą mi lokal socjalny na Camden, a za dwa lata będę miał własne mieszkanie: takie są tu procedury, nie masz nic od razu. Ogólnie jednak nie jest źle: mam lekarza, pieniądze socjalne, ubezpieczenie. Tego mi Brexit nie zabierze. Do Polski się nie wybieram, mam tam dwie siostry, codziennie z nimi przez telefon rozmawiam. Chciałyby tu przyjechać, ale gdzie ja je teraz wezmę? Jak dostanę mieszkanie, to zaproszę siostry do siebie. Na razie mam iść na angielski. Zapłacą, to pójdę, może coś tam jeszcze do głowy wejdzie? Tak w ogóle, to Anglicy muszą się z nami liczyć. My, Polacy, przynosimy tu rocznie 11 miliardów z podatków. A ten Cameron namieszał trochę i obciął mi połowę miesięcznego zasiłku. Miałem 960 funtów, zostawił mi 420. Namieszał jak byk, ale on nie lubi Polaków.

Hounslow East, Londyn Zachodni

Siedziba polskich mediów: tygodnika „Cooltura” i Polskiego Radia Londyn mieści się w wyremontowanym budynku dawnego kina Odeon. Trafiam akurat na awarię klimatyzacji. To dlatego Artur Kieruzal, szef PRL, prowadzący właśnie audycję „Poranna Zmiana” urzęduje przy otwartych drzwiach, mimo że nad wejściem świeci się lampka „on air”. Artur jest tu od samego początku. Przez 10 lat radio zbudowało sobie grupę wiernych słuchaczy liczącą ponad 300 tys. osób, nie mówiąc o słuchaczach z internetu. Artur pyta ich dziś na antenie o pierwsze skojarzenie z Polską.
Gdyby nagle zniknęli wszyscy imigranci, Wielka Brytania wywróciłaby się w miesiąc
Złotą polską jesień, bigos i wigilię szybko przebijają skojarzenia negatywne: nieuprzejmość, biurokracja, ZUS i płachty reklamowe niszczące krajobraz. Oraz „depresyjność”. O dziwo, ani słowa o polityce. W przerwie na wiadomości Artur zdejmuje słuchawki i wygłasza teorię na temat Polaków i Brexitu. – Musimy się uderzyć w piersi. Jesteśmy takim narodem, który sobie tutaj w większości doskonale daje radę. Wielu zainwestowało w domy i mieszkania, założyło świetnie prosperujące biznesy. 92 proc. polskich imigrantów uczy się albo pracuje. To najwyższy odsetek wśród wszystkich nacji w Wielkiej Brytanii, wliczając rdzennych Brytyjczyków. Ale ciężko się integrujemy i ciągniemy ze sobą smutny kulturowy balast.
Symbolem tego balastu jest dla Artura pusta puszka po polskim piwie rzucona gdzie popadnie. – Kiedyś zrobiłem akcję „Nasi tu byli”. Wysprzątaliśmy długi odcinek malowniczego kanału rzecznego i naliczyliśmy, do dziś pamiętam, 1365 puszek po Lechu, Żywcu i Okocimiu; same rodzime marki. Myślę, że właśnie tymi puszkami, niechęcią do nauki angielskiego, do integracji, przyczyniliśmy się do uruchomienia fali, której na imię Brexit.
– Jesteśmy szanowanymi obywatelami tego kraju – podkreśla rezydujący piętro wyżej Włodzimierz Witkowski, właściciel kilku różnych biznesów, w tym radia PRL. – Polakom aklimatyzacja nie jest do niczego potrzebna. Oficjalnie jest nas tu 800 tysięcy, nieoficjalnie ponad milion, z czego 600 tysięcy siedzi w samym Londynie. To głównie ludzie w wieku 25–40 lat. Jesteśmy u siebie. Polak nie musi znać angielskiego, żeby tu sobie radzić: ma polskie sklepy, media, kolegów, którzy w razie czego pomogą. Osobiście nie przepadam za angielskim, preferuję języki słowiańskie.
W drodze powrotnej wpada mi w ręce ulotka: Big Ben, czerwony piętrowy autobus, czarny tłum postaci zwrócony w kierunku mapy Wielkiej Brytanii. Wytłuszczonym drukiem pytanie: „Słyszałeś na temat Brexitu?!”. Wydawcą jest Prestige Financial House, czyli Polski Dom Finansowy, którego siedzibę odkrywam nieopodal.
Doradca finansowy PFH, Boril Wdowczyk, zaczyna groźnie. – Siedzimy na tykającej bombie. Już niedługo może się okazać, że cały nasz dorobek, domy i firmy będziemy musieli zostawić za sobą, bo jakiś urzędnik nie wyda nam zezwolenia na pracę. Dlatego naszym zadaniem jest informować rodaków, jak się uzbroić przeciwko Brexitowi. Odpowiedzią jest rezydentura: czasowa, jeśli ktoś jest tutaj rok, i stała dla tych, co przeżyli pod rządami królowej przynajmniej pięć lat. Warunkiem jest udokumentowanie historii zatrudnienia, samozatrudnienia bądź finansowej niezależności w tym okresie. Wnioskodawca powinien udowodnić, że utrzymywał się samodzielnie z legalnej pracy lub ze środków niepochodzących z państwowej kasy socjalnej. Bierzemy także pod uwagę różne stany pośrednie: np. ktoś jest już trzy lata, ale jego dziadek walczył w bitwie o Anglię. Naszym zadaniem jest – za niewielką opłatą – informować rodaków o istniejących możliwościach i przeprowadzić ich bezpiecznie przez całą procedurę.
– Jaki odsetek Polaków – udaje mi się wcisnąć pytanie w przerwie na oddech prelegenta – wróci do kraju pod wpływem Brexitu?
Wdowczyk przygląda mi się pobłażliwie. – Chyba ilu jeszcze przyjedzie? Szacujemy, że wielu, ale na podjęcie decyzji zostało im już niewiele czasu. Dlatego powołaliśmy nową firmę, Anti Brexit Solutions, której zadaniem jest załatwianie Polakom zatrudnienia przez brytyjskich pracodawców. Nad nową ulotką jeszcze pracujemy, docelowo ma to być statek w kształcie Wielkiej Brytanii odbijający od brzegów Unii Europejskiej. Szczerze mówiąc, chciałbym za jakiś czas zobaczyć minę Farrage’a, który chyba zapomniał, że zakazany owoc najlepiej smakuje. Przy naszej logistyce jesteśmy w stanie zaprosić na Wyspy całą Polskę. A pani – ściska mi dłoń na pożegnanie – nie chciałaby popracować w BBC? Jakby co, pomogę.

Slough, hrabstwo Berkshire

W polskim zakładzie pogrzebowym prowadzonym przez Jacka Nowakowskiego trafiam na wizytę klienta. Majster budowlany przyjechał załatwić formalności związane ze śmiercią pracownika. – Nie przyszedł do roboty, powiesił się w oknie wynajmowanego pokoju – majster nie doszedł jeszcze do siebie po tym wydarzeniu. – Nie wiem dlaczego, chyba alkohol. Mówił, że chodzi na mityngi AA, ale ostatnio ciągle coś zawalał. Może zapił i już nie chciało mu się walczyć? Nikt z rodziny nie przyjechał, więc to na mnie spadło.
Siedzimy na tykającej bombie. Naszą  bronią będzie rezydentura lub podwójne obywatelstwo
– Może w Polsce lepiej by mu się wiodło? – pytam.
– W Polsce? – majster patrzy na mnie zmęczonym wzrokiem. – A co niby jest takiego w Polsce? Tu przynajmniej jest praca. Żyjesz może z dnia na dzień, ale ten dzień jest przewidywalny. Jeśli stracisz pracę w poniedziałek, to znajdujesz ją w czwartek, a jak ci się nie chce szukać, to najdalej po trzech tygodniach. A tam? Ludzie po kilka lat szukają pracy. A jak znajdą, to nie wiedzą, czy z pensji mają zapłacić mieszkanie, czy jedzenie.
Podpisuje fakturę i płaci kartą za transport ciała do Polski. Biuro załatwi resztę.
– Niech pani zapamięta, ludzie stąd nie wracają – rzuca mi na odchodnym.
Wychodzę na ulicę zaczerpnąć powietrza. Na płocie sąsiedniej posesji ktoś wymalował starannie: „Legia kurwa, Arka górą”. Wzdłuż sennej ulicy w centrum miasteczka rosną rachityczne angielskie klony. Tylko przed budynkiem polskiego zakładu pogrzebowego szumi rozłożysta, środkowoeuropejska brzoza...
– Podrzucę panią do stacji – zaczepia mnie Monika, urocza sekretarka zakładu pogrzebowego. – Ja tu u pana Jacka tylko biuro prowadzę, te trumny na zapleczu, ta lodówka i kaplica nie są w mojej gestii. Nie mam takiej odporności. To głównie ludzie młodzi, samobójcy, którym się tutaj życie nie ułożyło. Nasza emigracja jest jeszcze za młoda, żeby umierać zwyczajnie, ze starości. Co do Brexitu, to on na razie głównie na myślenie działa… Człowiek się zastanawia, co będzie, jak się zacznie ta cała procedura, ten pięćdziesiąty paragraf. Szczerze powiem: nie będę czekać, najdalej za dwa lata do Polski wracam. Zobaczyłam swoje, pomieszkałam, nie dorobiłam się fortuny. Mam tu męża i dziecko, ale nie mamy babci. Dopiero z tej odległości widać, jak bardzo jest potrzebna. A Brytyjczycy nie zdają sobie sprawy z tego, co zrobili: gdyby teraz pojawiła się wróżka, machnęła różdżką i nagle imigranci by zniknęli, Brytania wywróciłaby się w miesiąc.

Harlow, hrabstwo Essex

Od stacji kolei podmiejskiej do placu The Stow, na którym 3 września br. doszło do zabójstwa Arkadiusza Jóźwika, jedzie się niecałe pięć minut. Harlow jest nieduże, senne i w środku sobotniego przedpołudnia prawie pozbawione ludzi. Placyk zamykają z trzech stron niskie pawilony, w których mieszczą się kafejka, cukiernia, sklep AGD, apteka i pizzeria, w której Jóźwik zamówił swój ostatni posiłek. Piętra budynków zajmują mieszkania komunalne. Okoliczna ludność to biali Brytyjczycy, przedstawiciele ubogiego, robotniczego środowiska. Kiepsko wykształceni, często bezrobotni. W co najmniej dwóch oknach dostrzegam flagi brytyjskie rozpięte na całą szerokość framugi.
Centralne miejsce placu zajmują trzy ustawione do siebie pod kątem prostym ławki, na których feralnej nocy doszło do konfrontacji między jedzącymi pizzę Polakami a agresywną grupą nastolatków. Kamery monitoringu zarejestrowały, że po wymianie zaczepek nastąpiło „bezpośrednie zwarcie, w wyniku którego Polacy odnieśli ciężkie uszkodzenia ciała”. Jóźwik zmarł w szpitalu kilka godzin później. Media obwołały go pierwszym męczennikiem Brexitu, zwłaszcza że większość mieszkańców Harlow głosowała za wyjściem ze Wspólnoty.
A jednak to właśnie angielscy sąsiedzi pierwsi zareagowali na tragedię, manifestując solidarność z rodziną zabitego. Wokół ławki, na której siedział, usypano morze kwiatów. Na przeciwległej ławce ktoś umieścił zafoliowany przed deszczem napis: „Down with racism. Polish People are welcome here”. Znicze, misie, koszulki Legii i replika historycznego zdjęcia pilotów z Dywizjonu 303 to polski wkład w dekorację tego symbolicznego miejsca pamięci. Stoję na bezludnym placyku, licząc, że może uda mi się nawiązać rozmowę z mieszkańcami.
Nagle zza moich pleców wyłania się młody mężczyzna z kwiatami w ręku, który przyklęka przed przypasanym czarną wstążką zdjęciem zabitego, żegna się pospiesznie i błyskawicznie znika, wyraźnie unikając kontaktu. Równie niespodziewanie na pustym placyku pojawiają się tutejsi policjanci. Zapytani o przysłanych niedawno do pomocy dwóch polskich mundurowych, milczą skonfundowani. – Są chyba w hotelu – mówi w końcu jeden z nich, obiecując, że przekaże im mój numer telefonu i wiadomość. Chciałabym zapytać, w jaki sposób pomagają lokalnej policji w dialogu z Polakami.
Przyciągam uwagę grupki nastoletnich rowerzystów, którzy na placyku wokół ławek trenują jazdę na jednym kole.
– Znacie tych, którzy to zrobili?
– Tak.
– Ile mają lat?
– Szesnaście. Nie, piętnaście.
– Wiecie dlaczego?
– No tak, po prostu. Oni od dawna tu ludzi zaczepiali, teraz są oskarżeni o morderstwo.
– A to nie było morderstwo?
– Nie... Oni nie chcieli zabić tych Polaków.
– Jednego zabili.
– Przypadkiem. To nie miało znaczenia, że jest Polakiem. Dobrze, że znowu można tu jeździć na rowerze.
Do rozmowy włącza się przechodząca obok staruszka w czarnym, zniszczonym płaszczu. – On był z Polski. Nie można było mieć lepszych sąsiadów. Nie będzie pokoju na świecie, gdy giną najlepsi ludzie. Także u nas, w Harlow. Bardzo smutne. Proszę to zapisać. Przepraszam i dziękuję.
Polscy policjanci nie odezwali się. Może dalej siedzą w hotelu?
Po powrocie do Londynu znajduję w e-mailu załącznik przesłany przez biuro Żylińskiego. To wizualizacja pomnika polskich pilotów z II wojny światowej, który milioner chce postawić przy Hyde Park Corner w centrum Londynu. Proszę pana Jana o komentarz do projektu.
– Udział naszych pilotów w bitwie o Anglię jest naszą kartą wstępu na Wyspy, ale to trzeba wylansować – tłumaczy Żyliński. – Żeby każdy przeciętny Anglik, nawet analfabeta, wiedział o tym, że Polacy są wspaniali i że należy nam się wdzięczność i miłość. Dwa tygodnie temu jeden z najważniejszych tutejszych publicystów politycznych napisał w „Sunday Timesie” wielki artykuł o swoim uznaniu dla Polaków, o naszych zasługach w czasie wojny i o tym, że Polak jest dla tego kraju optymalnym typem imigranta. Teraz chodzi o to, żeby tę postawę utrwalić.
***
Kama Veymont jest polską dokumentalistką, autorką kilkudziesięciu filmów i reportaży.
Tekst powstał przy wsparciu Fundacji Towarzystwa Dziennikarskiego „Fundusz Mediów”.

Wednesday, 19 October 2016

bo spodniczka ich obrazila

W Inferno, ksiazce Dana Browna i filmie w rezyserii Rona Howarda, przenosimy sie akcja do Stambulu. Tam Hagia Sophia, Madrosc Boza, atrybut Boga,  cud architektury. W przeszlosci swiatynia chrzescijanska z  wiekiem stala sie meczetem. Wspanialy przeklad przepychu cesarza Justyniana. Gdy Turcy przejeli Konstantynopol w roku 1453 odtad do bazyliki dobudowywano, sale, mauzolea i minarety. Plan laczy w sobie bazylike i budowle na planie centralnym. Kopuly wsparte na przepieknych filarach. Nawa centralna poraza ogromem przypor, arkad i rzedem kolumn. Posadzki, marmury i najwazniejsze mozaiki. Cherubiny zlote oraz swieta rodzina miesza sie z kaligrafiami arabskimi. Pantakrator patrzy na wypisane imiona Mahometa, Allaha, Abu Bakra, Umara, Uthmana i Alego, Hasana i Husajna.
Co jest najciekawsze w kosciele? Kolumna zwana placzaca lub pocaca sie. Tam tez znajduje sie otwor, w ktory mozna wlozyc kciuk. Jesli pozostalymi palcami jestesmy w stanie wykonac pelen obrot o 360 stopni a kciuk bedzie lekko wilgotny, spelni sie nasze zyczenie.
W mauzoleum pozwolono na krecenie zdjec na potrzeby filmu. Co sie stalo? Kasa i to, zeby ktokolwiek jeszcze Sophie zwiedzal. Po absurdalnych pomyslach przerobienia muzeum na meczet, wszystko w Turcji  jest mozliwe. 
Inferno pokazuje jeszcze jedno miejsce w Stambule. To Cysterna Bazyliki. Usytuowany obok Hagia Sophia. Spelniajace podziemne kumulatory wody. Druga nazwa to palac, ktory zapadl sie pod wode. Najpiekniejsza czescia kompleksu jest kolumna Meduzy. Dlaczego Meduza? Prawdopodobnie przypadek. Dlaczego odwrocona. Mozliwe, zeby nie zabijala wzrokiem. legenda mowi, o budowniczym Justynianie, ktory widzac kapitel Meduzy, kazal ja umiescic pod woda w najdalszym zakatku zbiornika. Zalac ja woda, by nikt nie zobaczyl. 
To bylo w sredniowieczu. Teraz dziewczyny nie moga chodzic w Turcji w spodniczkach. Meduzy- Mezczyzni w XXI wieku to obraza. Wywoluje gniew. Reperkusje a w telewzornii pokazywane sa sceny przemocy domowej. Kobiety uznaje sie za wymysl szatana. Gwalci sie i bije na ulicy. 
Na temat wypowiadaly sie Europejki, doswiadczajace przemocy ze strony bylych mezow. Teraz po zabojstwie kilku kobiet same turczynki juz nie wytrzymuja.
Co robic, gdy naczelny dyktator, Erdorgan pierdoli od kolesna, ze mezczyzni i kobiety nie sa sobie rowni, poniewaz ich natura rozni sie zasadniczo. Apelue, ze aborcja to morderstwo. Zacheca do posiadania dzieci. Kontroli zycia. Protesty kobiet gasi sie w zarodku. 
Na nic policja. Skargi i bunt. Turczynki nie moga jezdzic autobusami. Nie moga tez same buntowac sie przeciwko postepujacej islamizacji kraju.
Natomiast co robi zona Erdorgana? Emine Erdogan, pochwalila haremy osmanskich sultanow jako szkoly przygotowujace kobiety do zycia!!! 
To jak kurczaki, glosowaly by za stworzeniem KFC!

szepty


Znamy okreslenie szeptucha. To zwykle kobieta z okolic Podlasia. Znajaca tajniki leczenia srodkami naturalnymi. Czasem natura a przede wszystkim modlitwa. Szeptuchy byly od zawsze. Takie babki wiejskie. Uznawano je za czarownice. Mowily po cichu, szepczac nad chorym. Zaklinajac rzeczywistosc.
Gdy jestes w lozku z ukochana zawsze  pojawia sie szept. Gdy jest tobie dobrze. Nie drzesz ryja, nie zaznaczasz biernosci ani wspolczucia. Chcesz powiedziec cicho, to co chcesz wykrzyczec. Ta bliskosc. Uleglosc, milosc, szczerosc i ufnosc.
Przyklad lozka jest moze i najprostszym sposobem na wyrazenie tego co czuja dzieci. One znaja szept tylko by powiedziec, ze kocha, ze nie bedzie juz broic, ze bedzie cicho, ze chce powiedziec cos w sekrecie. 
Co kiedy jednak dziecko lezy, ale nie moze mowic. Cierpi rozerwane na pol w szpitalu w Aleppo, zbombardowanym wlasnie przez ruskie naloty. O czym szepcze dziecko przycisniete przez strop? Z urwana noga od bomby kasetonowej albo ma urwana reke od niewybuchu. Szeptalo do nowej zabawki.
Po atakach na konwoje humanitarne nastapily zrzuty bomb na szpitale. Nastapila barbaryzacja wojny. Zrzucono bomby beczkowe, zapalajace i kasetowe. Wsrod ofiar niemowleta. To nie jest wojna to juz zbrodnia wojenna. Na chuj tu wspolczucie i oburzenie swiata.
A potem wrzask, ze uchodzcy chc po prostu zyc.
Czerwony Krzyz sie zarzyna. Lekarze bez Granic wykrwawiaja. ONZ wspolczuje tak samo jak Stolica Apostolska a Lawrow i tak swoje robi.

Tuesday, 18 October 2016

nie ma wstydu, jest WSTYD



Pazdziernik, listopad ten kurz bitewny juz opadl
Listopad nadchodzi, wtedy nasz Pan sie urodzil
List doszedl od ciebie, ze wracasz po dlugiej przerwie
Jest troche inaczej, jesli choc troche inaczej,


Jesli wiesz co to znaczy
Pojde z Toba do kina na Quentina Tarrantina
Z chlopakiem sie postarem na Almodowara
Pojde z moja dziewczyna na tego Tarrantina
Ja z nia, a ty ze mna juz teraz mi wszystko jedno
Tu zle to widziane, lecz inaczej tego nie widze
Ksiadz mowil z ambony, ze ja potepiony a mama z tata uwazaja tylko brata)


Ja nie wiem, skad ale spierdalam stad!
Odejde stad, lecz kiedy to nadejdzie
Odetne prad



Wstyd to nowa plyta Kultu. Dlugo oczekiwana. Wyteskniona. Nasz cherub sceny muzycznej dal glos. Jebnal w choraly az piora kolo dupy aniolom polecialy. 
Teksty Kazimierz Staszewski. Zespol Kult-owy. Pierwszym singlem puszczanym w radio jest Madryt. Niby to przedmiescia tego miasta, a jednak to spoko koko kraj. Policja mnie spisuje i tak co niedziela I tak w kolko, i w kolko, tak caly tydzien zapierdziela. To sa tego miasta te uroki wrecz niezwykle, To sa takie historie, do ktorych przywyklem. 
Mocno obyczajowe, mocno polityczne jak Pekniety dom. Dwie piesni. Pokazuje niuanse wladzy. Dosyc chorej wladzy. Poprzedniej i tej, ktora rzadzi. Skleszczone kurwy.
Cisza nocna to relacja wladza- obywatel. Wszystko w zakladzie dla gluchoniemych. 
Cytowany powyzej tekst nalezy do piosenki Dwururka. Mocno homofobiczny przekaz.
Jest i glos emigranta, ktory spierdala do Bruxeli.
Cos dla hameryki To nie jest kraj dla starszych ludzi.
Muzyka jest ciekawa, swieza, mocny glos od lat. Dzwiekowe smaczki, smyczki i aranzacje. Polecam bardzo. Nie ma tu wstydu jest w cholere dobry Wstyd.






A niech mnie zje szatan i te trzy czwarte twojej kamienicy!



Na nic jeki! Zale. Gdy brakuje slow po polsku. Nie zlo, nie klnie!  Zlo  prosto i kwieciscie okresla swoje stanowisko.  Zlo woli kolczaste jezyki niz puste wnetrza.



We włoskich przekleństwach chyba najbardziej fascynująca jest ich obfitość – można przeprowadzić z kimś całą głęboką rozmowę za pomocą samych wulgaryzmów. Zazwyczaj używa się ich jako przecinków albo całych zdań wykrzyknikowych, oznaczających całe spektrum różnych emocji: „cazzo" lub „minchia" (chuj), „merda" (gówno) oraz „figa" (pizda) mogą oznaczać wszystko od rozczarowania, przez zaskoczenie po skrajną satysfakcję. Jeśli jednak chcesz kogoś obrazić, większość wyzwisk skupia się na rodzinie: „figlio di puttana" (sukinsyn) albo „mortacci tua" (pieprzyć zmarłych bliskich adresata obelgi).

Przeklinanie Boga, Maryi Zawsze Dziewicy albo Naszego Pana też jest dla Włochów typowe, zwłaszcza w zestawieniu z każdym wulgarnym słowem, imieniem, albo zwierzęciem, jakie przyjdzie im na myśl. W przeciwieństwie do innych rodzajów włoskich klątw te bluźniercze zwroty są zazwyczaj raczej skomplikowane, elokwentne i rozwlekłe – im dłuższe, tym lepsze.

Jednak nasz najwspanialszy bluzg pochodzi ze środkowych Włoch i brzmi: „Li mortacci tua, de tuo nonno, de tua madre e dei 3/4 daa palazzina tua", co można przetłumaczyć: „Jebać twoich zmarłych krewnych, krewnych twojej babki, twojej matki i trzech czwartych twojej kamienicy".
Jeśli w Serbii mamy czegoś pod dostatkiem, to właśnie przekleństw. Sławny lingwista Vuk Karadzić, który w pojedynkę zreformował nasz jezyk, napisał pierwszy serbski słownik i stworzył pierwsze serbskie tłumaczenie Nowego Testamentu, również jako pierwszy docenił naszą bluźnierczą spuściznę i skatalogował wszystkie ludowe przekleństwa Serbów.

Brzemię naszych obelg najczęściej spada na naszych najbliższych: na rodzinę, a zwłaszcza matki. „Jebem ti mater" („Pierdolę twoją matkę") to podstawowe przekleństwo, z którego wywodzą się wszystkie inne. Ogólnie rzecz biorąc, wiele wyzwisk kręci się w okolicy żeńskich genitaliów, na przykład „Pizda ti materina", co można przełożyć jako „Pierdolę skisłą cipę twojej matki". Pośród różnych wariacji na ten temat można wymienić „Wyrucham twoje jebane dziecko w cipę" i „Pies jebał cipę twojej matki". Jeśli chcesz obrazić czyjąś męskość, możesz pójść w homofobię i powiedzieć: „Obrzydną ci piczki, a zasmakujesz w chuju". Można też po prostu wyzywać ludzi od „zaśmierdłych cyców".

Jeśli jednak chcesz kogoś przekląć, jak należy, skupiasz się na całym jego rodowodzie. Możesz na przykład użyć formułki: „Wypierdolę wszystkich zmarłych w twojej rodzinie, twoje potomstwo i przodków", albo okazać trochę więcej klasy i powiedzieć: „Wyrucham twoją krew, nasienie i plemię", lub też: „Wypierdolę wszystkich żałobników w pierwszym rzędzie na twoim pogrzebie".

Nieco uprzejmiej, ale wciąż skutecznie możesz kogoś obrazić, mówiąc: „Sram ci w usta" albo „Sram ci na plecy". Jednak najdoskonalsza, najbardziej kuriozalna obelga to: „Pierdolę twojego chuja w cipę". Jak to w ogóle możliwe? Całe pokolenia ekspertów bezskutecznie próbowały rozwiązać tę zagadkę.
Dzisiejsze francuskie przekleństwa są dość kiepskie w porównaniu do tych, których zaczęliśmy używać w Średniowieczu. Od tamtej pory aż do XVIII wieku wszyscy, od chłopa po arystokratę, wykrzykiwali takie słowa jak „gourgandine" (prostytutka) albo „sacrebleu", co trudno przetłumaczyć – jest dość staromodne i stanowi francuski odpowiednik „do kroćset". To były zdecydowanie ciekawsze czasy, gdy Francuzi obrzucali się takim obelgami jak „jean-foutre", co też jest raczej nieprzetłumaczalne, ale z grubsza oznacza „łajdak".

Dziś jesteśmy mniej kreatywni, jeśli chodzi o przekleństwa. Ograniczamy się do homofobicznych obelg, np. „fiotte" lub „tarlouze", albo do zupełnych podstaw, takich jak „connard" (dupek), „pute" (dziwka) albo „salope" (suka). Na szczęście zachowało się jeszcze kilka bardziej elokwentnych wyrażeń, np. „va te faire mettre" – co oznacza mniej więcej „idź wyruchaj się sam" i zazwyczaj używane jest w sytuacji, gdy chcesz komuś powiedzieć, żeby wypierdalał.
Trzy filary, na których opiera się rumuński słownik przekleństw to: seks oralny, matki i Chrystus. Najpowszechniejszy bluzg w Rumunii to „muie", co z grubsza przekłada się na „ssij mojego penisa". Używamy również zwrotu „mój kutas", by akcentować różne rzeczy w zwykłej rozmowie, podobnie jak Polacy używają słowa „kurwa".

Najbardziej kreatywne z wyzwisk związanych jakoś z matką jest „Să mă fut în mă-ta", co znaczy „Chcę wyruchać siebie samego w twojej matce". W świetle tego nie powinno zaskakiwać, że w statystykach wyszukiwań na rumuńskim Pornhubie od lat króluje słowo „mama".

Najbardziej kontrowersyjne z rumuńskich przekleństw odnoszą się do religii. Chociaż ponad 80 procent Rumunów wyznaje Prawosławie, większość z nas używa zwrotu: „Futu-ți Cristoșii și Dumnezeii mă-tii", czyli „Wypierdolę Bogów i Chrystusów twojej matki". I nie, to nie literówka. Naprawdę chodzi o Chrystusa w liczbie mnogiej.
W odróżnieniu od większości krajów wschodniej i południowej Europy, na Holendrach wyzwiska pod adresem czyjejś matki nie robią większego wrażenia. Wolimy bardziej bezpośrednie podejście i życzymy adresatowi przeróżnych śmiertelnych chorób. Od lat do popularnych przekleństw i obelg należały „klere" (cholera), „pest" (dżuma), „tyfus", „tering" (gruźlica) i „pokke" (ospa).

Ostatnio sporą karierę pośród Holendrów robi też „kanker" (rak, nowotwór), mimo kontrowersji, jakie wywołuje, bo rak to problem, który dziś dotyka więcej osób niż, powiedzmy, dżuma. To bardzo wszechstronne przekleństwo, którego możesz użyć, gdy zatrzaśniesz kluczyki w samochodzie („kanker!"), ale można też łączyć je z innymi słowami. Facet, którego nie lubisz to „kankerlul" (rakochuj), a jego żeńska odpowiedniczka to „kankerhoer" (rakodziwka).

Nazw chorób można też używać, by coś podkreślić, a nawet pochwalić. Jeśli na siłowni jest straszny tłok, powiesz, że jest „teringdruk" (tłok jak gruźlica), a jeśli dobrze się z kimś bawisz, możesz mu powiedzieć „kankergezellig" (ale rakowa zabawa).W Austrii, gdy ktoś nas naprawdę wkurzy, krzyczymy „hure!", co oznacza „kurwa!".

Ważną rolę w austriackich przekleństwach odgrywają części ciała. Czasem nazywamy ludzi „beidl" – co oznacza „moszna", ale często stanowi synonim kutasa – a także, jak wiele innych narodów świata, wyzywamy się od dup i dupków.

Wielu Austriaków o osobie, której nie lubią, mówi „schwuchtel" lub „mongo" – to, kolejno, obraźliwe określenia na gejów i niepełnosprawnych. Jednak te wyzwiska nie ograniczają się tylko do ludzi, ponieważ w Austrii uważamy, że również przedmioty mogą być homoseksualne lub upośledzone. Rzecz jasna, do najgorszych rzeczy należą sami Austriacy, więc czasem trzeba im powiedzieć, żeby się odpierdolili. Albo, jak to u nas się mówi: „Geh scheißen!" (Idź się wysraj!).We wszystkich poważnych duńskich przekleństwach zjada cię coś strasznego, na przykład: „satanedme" (niech mnie zje szatan) lub „kraftedme" (niech mnie zje rak). Powiedzmy, że wpada na ciebie jakiś typ i przez to upuszczasz swój egzemplarz baśni Hansa Christiana Andersena. W takiej sytuacji mówisz: „A niech mnie zje szatan, to jakaś przesada!".

Oprócz tego mamy cały wachlarz żałosnych namiastek prawdziwych przekleństw – tłumaczonych z angielskojęzycznych filmów. Należą do nich takie perełki jak „skidespræller" (gówno-krętacz), „kors i røven" (krzyż ci w dupę) czy „røvbanan" (dupobanan). Jak widać to najbliższe duńskie odpowiedniki prostych, ale skutecznych słów, jak np. „jebać", „gówno" i „kutasiarz".

To dzieje się naprawdę. Potrzebujemy pomocy. Niech usłyszą mnie wszyscy ludzie dobrej woli: wyślijcie nam wasze zdecydowanie lepsze wulgaryzmy. W Danii mamy biedne, niewinne dzieci, które dorastają w przeświadczeniu, że dokładne duńskie tłumaczenie legendarnej kwestii Bruce'a Willisa w Szklanej pułapce „Yippee ki-yay, motherfucker!" to „Dzięki i na razie, gówniarze!". Wspomóżcie, dobrzy ludzie!Grecja i przekleństwa dopełniają się nawzajem. Jedno z naszych najbardziej powszechnych słów to „malakas", czyli „kutas", ale przeważnie używamy go zamiast „przyjaciel", „ziomek" albo „stary". Do mniej przyjaznych wyrażeń należy np. „sram na twój grób", jednak nie należy rzucać nim na prawo i lewo, bo może dojść do rękoczynów.

Kolejne popularne wyzwisko to „lepiej wydać to na lekarza". Używasz go, jeśli nie stać cię na coś ze sklepu. Gdy ktoś inny kupuje twój obiekt marzeń, odwracasz się do sprzedawcy i mówisz, że nabywca powinien raczej wydać te pieniądze na wizytę u doktora, który wyleczyłby go z tego szaleństwa. Z kolei „Na se pane tesseris" to wyrażenie, którego nie da się dokładnie przetłumaczyć – odnosi się do chwili, w której leżysz w trumnie, a czterej grabarze niosą cię do grobu. Czyli w gruncie rzeczy znaczy tyle, co „umrzyj".

Na koniec przekleństwo, które zyskało wielką popularność w Grecji w latach 80. i 90.: „oby spłonął twój magnetowid". Jeśli nie pojmujesz powagi takiej klątwy, nie wiesz, jak drogą i szpanerską rzeczą był wtedy odtwarzacz wideo.
Większość ludzi pewnie spodziewa się po nas, że mamy świetne przekleństwa, biorąc pod uwagę, jak twardo i ostro brzmi nasz język, ale nasze wulgaryzmy są stosunkowo nudne i mdłe. Klasyczne niemieckie wyzwiska często brzmią, jakby zawstydzone dziecko próbowało powiedzieć coś brzydkiego, ale nie za bardzo wiedziało jak. Dajmy na to: „Dumme Kuh" (głupia krowa), „Pissnelke" (co znaczy zarówno dmuchawiec, jak i świętoszkowatą, nudną dziewczynę), albo „Flachzange" (płaskie kombinerki lub idiota).

W porównaniu do innych narodów Niemcy skupiają się bardziej na tyłkach i fekaliach niż na seksie. Pierwsze słowo, jakie w Niemczech poznaje każdy przyjezdny to oczywiście „Scheiße" (gówno), choć „Arschloch" (odbyt, dupek) też jest dość popularne.

Jednak najlepsze bluzgi zagościły w naszym języku za pośrednictwem niemieckiego rapu. To dzięki raperom dowiedzieliśmy się, że możemy sobie jeździć po matkach, np. za pomocą takich zwrotów jak „Hurehson" (skurwysyn) czy „Ich ficke deine Mutter" (pierdolę twoją matkę). Na tym jednak nie poprzestali i przenieśli niemiecką tradycję uroczych niby-przekleństw na zupełnie nowy, ironiczny poziom, np. „Du Lauch!" (ty porze!). Tak, chodzi o warzywo.
Hiszpania jest głęboko katolickim krajem od chwili narodzin Jezusa. Dlatego właśnie we wszystkich naszych przekleństwach chodzi o to, żeby napluć w twarz Bogu, Jezusowi, jego matce Maryi i reszcie spółki. To piękna hiszpańska tradycja, która niestety pomału zanika pod naporem politycznej poprawności. Wciąż można jednak czasem usłyszeć starszych panów, jak na ulicy puszczają takie na przykład wiązanki: „Me cago en la puta madre de Jesús, en su padre, y en toda su jodida corte celestial!" (Sram w tę kurwę matkę Jezusa, w jego ojca i w całe te ich jebane zastępy niebieskie!). Pamiętam, jak mój dziadek tak się kiedyś na kogoś rozzłościł, że powiedział „Me cago en su corazón" (Sram w jego serce). Do dziś na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki.

A zatem, jeśli naprawdę chcesz kogoś znieważyć po hiszpańsku, musisz nasrać na, wewnątrz, lub w pobliżu jakiegoś świętego.